Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia integracji sensorycznej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia integracji sensorycznej. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2015

Dziecko z trudnościami (zaburzeniami integracji sensorycznej i nie tylko) a edukacja domowa cz. II

[Pierwsza część do przeczytania tu]

Dla kogo edukacja domowa? Dla jakich dzieci? Naprawdę z całym przekonaniem chcę powiedzieć – dla każdego dziecka. I to jest pierwsza przewaga ED nad szkołą. Szkoła jest tylko dla niektórych, bo nie powiem, że szkoła nie jest dobra dla nikogo. Są bowiem dzieci, które świetnie sobie radzą i chodzenie do szkoły im służy. Są jednak takie, którym szkoła w najlepszym razie nie szkodzi. Ale niestety są i takie, którym szkoła szkodzi lub wręcz je niszczy. Niestety myślenie większości, w takich przypadkach, polega na tym, że to dziecko ma problem i ono ma się dostosować. Przecież system się nie dostosuje do jednego dziecka. Przecież pani ma na głowie całą klasę. I tym podobne frazesy. Ja nie jestem obiektywna, bo uważam, że jestem w tej grupie, której szkoła zaszkodziła. Zabiła moją kreatywność i stłamsiła zaangażowanie. Do dzisiaj mam poczucie, że noszę na sobie piętno czasów szkolnych. Więc tak, nie jestem obiektywna i szkoły nie lubię i nic mnie do niej nie przekona. Ale jednak wierzę, że są szkoły inne. Niestety nie te publiczne. Co do nich można mieć tylko nadzieje, że się trafi dobry nauczyciel, ale to jest jak ruletka. Nie wyobrażam sobie stawiać na takiej szali dobra własnego dziecka. Zwłaszcza dziecka tak wrażliwego, jak moje. Są jednak dobre szkoły prywatne. I zawsze myślałam, że M pójdzie do takiej szkoły. Zasmakowałyśmy jednak w nauce w domu i ani nam w głowie jakakolwiek szkoła ;)



Tak więc ED jest dla wszystkich dzieci. Tym szczególnie uzdolnionym pozwoli rozwinąć skrzydła. Tym tzw. średnim też! Okazuje się bowiem, że średniactwo jest często owocem procesu szkolnego. A co z dziećmi z trudnościami? Szczególnymi potrzebami? Wszelkimi dysfunkcjami jak dysleksja, dysortografia? Dzieci z zaburzeniami SI? Dzieci z autyzmem czy Aspergerem?
Spotykam wciąż zarówno w realu, jak w internecie mnóstwo osób, które potwierdzają wręcz zbawienny wpływ ED na dzieci z trudnościami. Wielu rodziców doświadczyło „dobrodziejstw” szkoły i z radością uciekli pod skrzydła edukacji domowej, gdzie odnaleźli wytchnienie. Oczywiście wiele trudności pojawia się dopiero w szkole albo powoduje je szkoła. Jeśli szkoła nie potrafi im zaradzić i widzimy, że dziecko się męczy (i nie oszukujmy się, męczą się wtedy także rodzice, męczy się cała rodzina), nie widzę podstaw, by upierać się przy trwaniu w systemie. Choć może się tu pojawić dla wielu kluczowa kwestia – oboje pracujący na etat rodzice. To oddzielny temat, ale tylko zasygnalizuję, że jeśli mamy dziecko z trudnościami, powinniśmy się liczyć z koniecznością poświęcenia mu większej ilości czasu. Paradoksalnie, będziemy go potrzebowali mniej poświęcać, jeśli będziemy razem w domu, niż wówczas, gdy dziecko chodzi do szkoły. Pierwsza bowiem i podstawowa kwestia to dostosowanie. W szkole dziecko ma narzucone tempo pracy. Nikt nie liczy się z osobistymi trudnościami dziecka. No może brzmi to bardzo niesprawiedliwie wobec szkoły. Bo szkoła podejmuje wysiłki, by temu zaradzić. Prowadzi zajęcia wyrównawcze i – uwaga – prosi rodziców o zaangażowanie, o pomoc dziecku, o pracę z nim itd. Gdy dziecko nie nadąża, rodzic ma mu pomóc, by nadążało. Rodzic wtedy przeżywa frustrację, bo dziecko nie daje rady, a on nie czuje się kompetentny, ani autorytetem dla własnego dziecka, które często powtarza „pani powiedziała tak”, „pani kazała tak”. Frustracja i zmęczenie rodzica udziela się dziecku i ono zamiast iść naprzód, nie potrafi przekraczać swoich problemów. Błędne koło. Współczuję takim rodzinom i szczerze podziwiam, że potrafią latami trwać w takim koszmarze. Niektórzy mając takie doświadczenia, gdy dowiadują się o edukacji domowej, traktują ją jako próbę pomocy dziecku w inny sposób. Uświadomili sobie, że ich dziecko w szkole jedynie traci czas, a cały wysiłek edukacyjny i tak spoczywa na nich. Do tego są rozliczani ze swej pracy przez kogoś, kto narzuca im – w ich mniemaniu – absurdalne zadania. A ich dziecko dodatkowo porównuje się z innymi i rośnie w przekonaniu, że coś z nim nie tak, skoro inni dają radę, a ono nie. Możliwe, że większość nie daje rady i mocno korzysta ze wsparcia rodziców – zwłaszcza w pierwszych latach edukacji, ale szybko uczą się, że nie wolno okazywać tego rodzaju słabości. W efekcie mamy wyścig szczurów, w dodatku sfrustrowanych szczurów z mocno zaniżonym poczuciem wartości. Tacy rodzice po jakimś czasie doświadczeń szkolnych decydują się nauczanie domowe. Zwykle nie bez wątpliwości. Czasem z poczuciem przyparcia do mury. Jednakże szybciej lub wolniej zauważają, jak ich dziecko początkowo odżywa, a potem zaczyna iść do przodu, dzięki ED.
Są też rodzice, którzy wcześniej zauważają u swoich dzieci symptomy zapowiadające trudności i wybierają ED, aby uniknąć powyższych i wielu jeszcze innych dramatów szkolnych. Tak jest ze mną. W nauczaniu domowym widzę niesamowitą szansę dla nas. Po pierwsze to my ustalamy nasz plan działania, nasze tempo, nasze zainteresowania. Nikt nam niczego nie narzuca. Ktoś powie – a podstawa programowa? Naprawdę dla klas I-III jest to taki banał, że można go spokojnie zrealizować niejako obok ;) Czyli uczymy się czytania, czytając to co M akurat zainteresuje. Czasem są to jakieś nagłówki. Czasem napisy na samochodach. Czasem tytuły książek. I wiele, wiele innych. Czytanie idzie nam średnio. Ale to dopiero zerówka i mamy jeszcze czas! Matematykę mamy przy okazji zakupów, obiadu czy gier planszowych. A czasem nagle robimy jakąś łamigłówkę z facebooka – jeśli akurat M się zainteresuje. Generalnie nic na siłę. I na taki luz możemy sobie pozwolić dzięki ED. Dużo czytamy Marcie. Dużo rozmawiamy, opowiadamy. Chodzimy do muzeów i na zajęcia dodatkowe. Robimy tylko to, na co M ma ochotę. Czasem ma ochotę na więcej niż pozwala nam czas. Ale nawet kiedy się bawi sama czy z bratem, ja mam poczucie, że ona cały czas się czegoś uczy. Bo to jest taki wiek, że dziecko chce i uczy się po prostu. Także to z trudnościami! A efekty są na pewno lepsze dzięki kilku czynnikom. Mamy możliwość doboru metody do dziecka. Oczywiście, że czasem bywa to trudne, wymaga kreatywności, zaangażowania. Ale kiedy jest się w ED, to ma się gdzieś takie założenie, że to normalne, że to podejmujemy. Natomiast, gdy dziecko chodzi do szkoły, siłą rzeczy oczekujemy, że szkoła zrobi coś za nas, tym czasem musimy się tak samo angażować, ale nie mamy na to wewnętrznej zgody. Po drugie możemy dostosować tempo pracy. Gdy coś poznajemy, nie musimy lecieć z góry przez kogoś narzuconym planem. Gdy coś nas interesuje, zatrzymujemy się nad tym tak długo, jak jest ochota. Ale także gdy coś sprawia kłopot. Mamy na to tyle czasu, ile potrzebujemy. Możemy wałkować temat do upadłego, ale możemy też sobie pozwolić na odpuszczenie tematu, by wrócić do niego za jakiś czas. Często okazuje się, że po tym czasie, dziecko załapuje bez problemu. Kolejna sprawa, to porównywanie. W domu dziecko nie musi się z nikim porównywać. Nawet jeśli ma świadomość, że jest jakieś inne – tak jak moja córka, która wie, że ma zaburzenia integracji sensorycznej – nie musi wcale tego odczuwać tak negatywnie, jak wówczas, gdy jest szkole, w grupie rówieśniczej, z którą się porównuje. Dzieci z SI często mają bardzo zaniżoną samoocenę, więc tym bardziej ważne jest dla nich odpowiednie środowisko, w którym nie będą się czuły oceniane, krytykowane, ale nawet i porównywane. Może nie zdajemy sobie sprawy, jak z pozoru niewinne porównywanie, jest krzywdzące dla dziecka. Każdy z nas chce być traktowany indywidualnie, jako ja sam, a nie w odniesieniu do drugiego. Ja cały czas zmagam się z tą złą tendencją, że porównuję moje dzieci. Mogłoby się jeszcze wydawać, że porównywanie kosztem drugiego dziecka jest czymś dobrym, ale to złudzenie! Dziecko bowiem nie chce być wcale lepsze od swojego rodzeństwa. Ono chce być sobą i chce być kochanym za to, jakim jest. To może otrzymać dziecko tylko w domu. Szkoła bowiem ze swej istoty ocenia i porównuje. Motywuje poprzez rywalizację, co jest dla mnie najgorszą formą motywacji. A dla dzieci z trudnościami jest po prostu zabójstwem ich potencjału. Bo chyba nie wybrzmiało tu najważniejsze. Dzieci z trudnościami, to nie są dzieci głupie, bez rozumu, bez tzw. pomyślunku. To dzieci, które zmagają się albo ze swymi trudnościami rozwojowymi, intelektualnymi, emocjonalnymi, albo z trudnościami, które spowodowała szkoła. W domu te dzieci mogą nawet nie odczuć tych trudności! Mogą nie mieć świadomości, że takowe mają! Bo nie porównują się z innymi, bo nikt im na to nie zwraca uwagi, tylko skupiają się na własnym rozwoju. Znam wiele dzieci z zaburzeniami SI czy ZA, które dzięki nauczaniu domowemu są po prostu małymi geniuszami, zachwycają mnie swoją wiedzą. Niektóre z nich mają za sobą doświadczenia szkolne, gdzie rosły w poczuciu, że są gorsze od innych, tylko dlatego, że trudno im było dostosować się do norm społecznych. I tu jeszcze jedna ważna sprawa. W szkole dziecko jest zmuszone do przesiadywania w ławce i odpowiedniego zachowania. W domu możemy pozwolić sobie na luz, że np. dziecko 5 minut pracuje, a 40 biega, skacze, szaleje. Albo na inne ekscesy, jak pisanie na kolanie, czy w innych dziwnych miejscach i pozycjach. Zaspokojenie potrzeby ruchu jest tu bowiem niezwykle ważne, a zwłaszcza dla dziecka z trudnościami. Dzięki ruchowi dziecko z SI wzmacnia mięśnie, obręcz barkową, a co za tym idzie rękę, co się przekłada na sprawność pisania. Dzięki ruchowi dzieci się odpowiednio stymulują. Dzieci z dysfunkcjami rozwijają odpowiednio półkule mózgowe. Ruchy naprzemienne wpływają na ortografię. Ruch też po prostu działa na emocje. Dziecko wyrzuca z siebie wysiłek intelektualny i emocjonalny. Można ukuć slogan i banał, że dziecko wybiegane, lepiej sobie radzi z emocjami.
Kluczowy jest tu jednak według mnie sam fakt, że jesteśmy z dzieckiem w domu, jeśli nie cały czas, to większość. Widzę to po sobie, że dopiero, kiedy zaczęłam być z M 24/24 mogłam poczynić prawdziwe obserwacje i zacząć wyciągać wnioski. Nie będę ukrywać, że nie jest to łatwe. To nie jest sielanka! Dziecko z trudnościami daje w kość! A jeszcze, gdy takie dziecko ma mamę z trudnościami? ;) Bywa piekielnie ciężko. Akurat obecnie przeżywamy takie przesilenie. Może związane z porą roku ;) Wiem, że i rodzic dziecka z trudnościami musi zadbać o siebie, aby miał siły do dbania o dziecko, bo nie jest łatwo. Czasem pojawiały się myśli, które nazywam ucieczkowymi – oddam ją do szkoły, ale zaraz potem przychodziła refleksja, że to nie tylko, że nic nie da, to tylko może dodatkowo Marcie zaszkodzić. Jest szalenie wrażliwa, więc trudności szkolne by ją tylko pognębiły. Nawet mimo tego, że nie jestem idealna, że brakuje mi kreatywności, porównuję moje dzieci, a co najgorsze, wpadam w złość, straszną nie raz złość, nie tracę przekonania, że M jest najszczęśliwsza w domu, że powoli, ale idzie nam ta nauka i że spokojnie sobie poradzi od września w I klasie. Tej ufności nie miałabym posyłając ją do szkoły. Nawet najlepszej.

czwartek, 7 maja 2015

Dziecko z zaburzeniami integracji sensorycznej a edukacja domowa cz. I

Dawno już planowałam napisać posta, który by wyjaśniał nazwę bloga, bo dla wielu może nie być ona zrozumiała i jednoznaczna. Jakiś rok temu, przez sugestię znajomej, zaczęłam się zastanawiać, czy moja córka, Marta, nie ma zaburzeń integracji sensorycznej. Niestety minęło kilka miesięcy, zanim potraktowałam temat poważnie i udałam się na diagnozę, która potwierdziła moje obawy. Po jakimś czasie od tego wydarzenia, postanowiłam reaktywować mojego bloga i prowadzić go bardziej regularnie. Wiedziałam już wtedy, że będzie on poświęcony temu, czym żyję najbardziej – a więc mojej starszej córce. Stąd gra słów – mama Marty z SI. Bo fakt, że jestem mamą jest czymś, co mnie niejako identyfikuje, określa. Bycie mamą nie jest dla mnie dodatkiem. Jest istotą, bo istotnie wpływa na moje życie i choć mam dopiero dwójkę dzieci, to widzę coraz wyraźniej, że z kolejnym dzieckiem to moje bycie mamą staje się coraz bardziej istotne.
Marta. Moja pierwsza, pierworodna, ukochana, wyczekana, wymodlona córka. Mój skarb. Moja iskra. Bardzo długo nie mogłam sobie darować, że tak późno trafiłam do terapeuty SI. Że tak późno zaczynamy pracować, że tyle czasu straciłam. W przedszkolu zapewniano mnie, że M rozwija się harmonijnie, nie odbiega od normy, w niczym nie budzi niepokojów. A ja chodząc do pracy, nie miałam zbyt wiele czasu, by ją obserwować. Różne niepokojące sygnały tłumiłam zrzucając winę na zmęczenie Małej. Ciągle tłumaczyłam sobie, że to wszystko przez to, że musi wstawać o 6 rano i nie może się wyspać. Ale w sumie od maleńkości wydawała się jakby wiecznie zmęczona i rozdrażniona. Bardzo wrażliwa na różne czynniki, jak hałas, światło, nagły ruch czy dotyk, wodę. Poza tym była jakby słaba. Powiedziałabym, że leniwa, ale wciąż zwalałam to na wieczne niewyspanie. Nie lubiła chodzić, najchętniej by jeździła w wózku. Miała ogromne problemy z jazdą na rowerze. To właśnie przez ten symptom koleżanka zwróciła mi uwagę, że M może mieć SI. Początkowo szukałam informacji w internecie i wiele rzeczy mi się zgadzało. Zrozumiałam skąd wieczorne płacze. Zrozumiałam nienawiść do kąpieli oraz niektórych (większości!) ubrań. Zrozumiałam także skąd niechęć do brudzenia – co uważałam za pozytyw, o zgrozo! Oraz skąd ostrożność, którą też postrzegałam jako zaletę. A przede wszystkim pomogło mi to zrozumieć niezwykle silne emocje mojej córki.
Początkowo bardzo chciałam poznać przyczynę. Dlaczego moje dziecko? Skąd ona to ma i czemu? Ciąża prawidłowa, bez żadnych patologii, poród naturalny bez żadnych znieczuleń czy oksytocyny. Myślałam, że to może ze zbyt małej ilości ruchu w ciąży, ale poza jakimiś pojedynczymi dniami, byłam aktywna. Chodziliśmy na ćwiczenia do szkoły rodzenia. Przy okazji chcę powiedzieć, jak ważny jest ruch w ciąży w kontekście SI. Nigdy się nie spotkałam z tym argumentem, że aktywność fizyczna przyszłej mamy jest profilaktyką zaburzeń integracji sensorycznej. Kto o tym słyszał? Dowiedziałam się dopiero w czasie diagnozy, że może mieć to wpływ. Szukałam przyczyn. Czytałam, rozmawiałam z wieloma osobami, które znają temat i doszłam do wniosku, że w naszym przypadku może to być efekt szczepień. Wiem, że to temat bardzo kontrowersyjny, dlatego nie będę go rozwijać, niemniej ja nie potrafię znaleźć innego uzasadnienia, dlaczego akurat Marta ma SI. Choć nie wykluczam, że jest jeszcze inna przyczyna, której nie znam i być może nigdy nie poznam. W każdym razie już w niemowlęctwie pediatra zwracała uwagę na napięcie mięśniowe, ale ponoć wszystko wróciło do normy. Poza tym od zawsze M miała otwartą buzię i ma tak do dziś, co jest objawem niskiego napięcia mięśniowego. Powoduje ono, że cała M jest „lejąca”, nie ma siły trzymać się w pionie, ani na stojąco, ani na siedząco. Nie ma siły trzymać swojej głowy, wiecznie się podpiera, a najchętniej pokłada się. Ogólnie mogłaby chyba poruszać się jak wąż. Niskie napięcie mięśniowe wiąże się także z osłabionymi mięśniami obręczy barkowej. Takie dzieci zwykle mało lub w ogóle nie raczkują. Raczkowanie jest dobre, ważne i potrzebne. Wzmacnia obręcz barkową, nadgarstki, dłonie i przygotowuje do prawidłowego chwytu oraz pisania. M ma bardzo słabą rękę, ale wynika to ze słabej obręczy barkowej. Nic więc dziwnego, że motoryka mała leży (nie tylko, że kuleje), skoro cała obręcz słaba. Zamiast więc katować rękę szlaczkami, należy wzmocnić mięśnie. Niestety przedszkole cały czas przekonywało mnie, że motorykę M ma świetną. A ja ufałam, że widocznie na tym etapie rozwoju tak to wygląda, że źle pamiętam, że ja w jej wieku jednak byłam sprawniejsza. To się tyczy także ogólnej koordynacji. Potykanie się o własne nogi, a wręcz o powietrze. Gdy patrzyłam na dziecko, które porusza się tak nieporadnie, z jednej strony szukałam usprawiedliwienia w jej przemęczeniu, z drugiej żałowałam jej, że brakuje jej zręczności, a z trzeciej wzbierała czasem we mnie złość: jak można być taką ślamazarą? Za te ostatnie myśli sama się karałam i znów szukałam usprawiedliwienia zamiast rozwiązania. Ciężko jednak czasem było znosić histerie z powodu drobnego draśnięcia. Teraz już wiem, że nadwrażliwość mojej córki to nie jest rozpieszczenie czy fanaberia, ale realny ból, który odczuwa w sposób nieporównywalny do wydarzenia. Podobnie sprawa się ma ze sferą emocji. Coś co dla innych dzieci jest pestką, dla M urasta do rangi dramatu życiowego.
Dzięki facebookowej grupie Edukacja domowa trafiłam na darmowe konsultacje z zakresu SI. W tym czasie byłyśmy już w ED. Co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, pani powiedziała, że to bardzo dobrze, że M jest w domu. Wtedy mnie to szczerze zdziwiło. Dziś wiem, że to był najlepszy wybór dla dziecka z trudnościami.
Zmiany szły kilkutorowo – edukacja domowa, zajęcia z terapeutą oraz zmiana diety. Wprawdzie dietę zmieniliśmy wcześniej, ale szybko dostałam potwierdzenie, że zaburzenia SI są wskazaniami do diety bezglutenowej, bezmlecznej i bezcukrowej. Brzmi hardcorowo i obłędnie? Pewnie bym nie uwierzyła, gdybym sama nie sprawdziła. Pierwszy był gluten. O tym, dlaczego go odstawiliśmy pisałam tutaj. O ile sama przeszłam radykalnie od razu na dietę, o tyle z M było ciężko i początkowo stale o coś mnie prosiła, a ja się dawałam namówić. Wtedy dowiedziałam się, że powinniśmy odstawić mleko oraz płatki. A fakt, że M je uwielbia i może jeść codziennie, tylko to potwierdza, gdyż kazeina zawarta w mleku, uzależnia. Zarówno gluten, jak i kazeina wpływają na neuroprzekaźniki, które są w jelitach. Dużo mówi się o wpływie cukru na zachowanie dzieci, ale trzeba wiedzieć, że gluten i kazeina działają opioidalnie na układ nerwowy. Wciąż zbyt mało rodziców o tym wie, a jeszcze mniej się tym przejmuje. Po kilku miesiącach tych wszystkich zmian, widzę efekty. Do tego stopnia, że zauważam, jak zmienia się zachowanie mojego dziecka, kiedy dziadkowie – oczywiście z miłości i przekonania, że robią dziecku przyjemność – upasą Młodą lodami. Podjęcie diety w przypadku tak mało oczywistym może być dla wielu naprawdę trudne. Doskonale to rozumiem, bo jeszcze kilka lat temu wyśmiewałam lekarkę, gdy w czasie kataru M, kazała wykluczyć pszenicę i nabiał. Wtedy uważałam, że się nie da, bo moje dziecko nie będzie miało co jeść. Okazuje się jednak, że tzw. tradycyjna dieta psuje nam podniebienia. Tracimy dobry smak. Przez to moje dziecko nie akceptowało żadnych warzyw i wielu innych potraw. To znaczy, nie tylko przez to, bo także i tu SI wpływa bardzo. Jednakże teraz moje dziecko je dużo więcej rzeczy niż przed dietą (choć wielu mi zarzucało, że zabieram dziecku cenne składniki itd.) Ma też dużo większą świadomość co do zdrowego odżywiania i chętnie o tym opowiada innym. Jest bardziej otwarta i skora do próbowania nowych potraw.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że M uczy się w domu. Ponieważ chodziła do przedszkola 4 lata, musiała przejść proces odszkolnienia. Ale znacznie ważniejsze było leczenie ran, o których nie miałam świadomości, kiedy M chodziła do placówki. Wtedy cieszyła się dziećmi, teraz zaczęła opowiadać różne przykre historie, które ją spotkały oraz wylewać swoje żale, zarówno na koleżanki i kolegów, jak i przedszkolanki. Dowiedziałam się, jak nisko moje dziecko siebie ceni. Tak nisko, że chciałoby być jedną z dziewczynek, które lubiła, ale chyba bez zbytniej wzajemności. Rzeczona dziewczynka była wzorem zachowania, wszystko jadła, była cicha i grzeczna. Ale jak dla mnie zupełnie nieczuła i nieempatyczna. Dowiedziałam się o niezdrowej rywalizacji, o okropnym porównywaniu się. Dowiedziałam się, że moje dziecko było karane!!!!! Często tak bezsensownie, że serce mi pękało, gdy tego słuchałam. Że moje dziecko czuło, że nie jest wysłuchiwane do końca i rozumiane. Mimo tych wszystkich przykrości, M nadal chciała się spotykać z koleżankami z przedszkola. Spotyka dwie z nich na balecie, ale jest przez nie odrzucana, bo one chodzą razem do jednej klasy, a ona?? W sumie nie rozumiem powodu tego odrzucenia, ale M przeżyła to koszmarnie na początku roku szkolnego. Teraz widzę, jak ostatecznie dzielnie to przeszła! Jak wielka zmiana w niej zaszła! Ma swoich znajomych i przyjaciół z edukacji domowej i jest szczęśliwa. Niesamowite jest też to, że przecież także między dziećmi ED zdarzają się przykre sytuacje, ale bardzo szybko się rozwiązują i moja Marta NIGDY nie wspomina nic przykrego. Z dziecka bardzo zalęknionego na początku roku, które nie chciało mnie puścić na krok (kończyło się straszną histerią), stała się niesamowicie samodzielną dziewczynką, która kroi sobie chleb i robi sama kolację oraz zostaje sama na zajęciach.

ED jest w sposób szczególny dedykowana dzieciom z trudnościami. Ale to już następny post, bo zbyt wiele chciałabym chyba powiedzieć :)