wtorek, 5 maja 2015

Chciałabym/chciałbym uczyć w domu, ale ja się do tego nie nadaję.

Chciałabym napisać tekst dla wszystkich wątpiących, zastanawiających się, a zwłaszcza podziwiających ED z odległości, ale przekonanych o własnej niemocy, o tym, że oni nie dadzą rady. Bo to tekst o mnie :)



Próbuję sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz usłyszałam o ED i nie potrafię. Bardzo możliwe, że pierwsze informacje miałam od mojej ukochanej Igi z Krakowa, która uczy dzieci w domu. Oczywiście moje pierwsze skojarzenia, że jakie to fajne i bardzo stereotypowa obawa o tzw. socjalizację. Jak ja się teraz z tego śmieję. Iga szybko rozwiała moje wątpliwości i z łatwością przekonała, że przecież dzieci ED nie siedzą zamknięte w klatkach, ale chodzą na różne zajęcia, mają kontakt z innymi dziećmi, co lepsze z dziećmi w różnym wieku, co jest dużo bardziej wartościowe i naturalne, bo w życiu dorosłym nie spędzamy czasu w grupie rówieśniczej. Od początku byłam więc fanem ED. Pamiętam doskonale, że nie miałam nic do zarzucenia, po odrzuceniu pierwotnych, chwilowych tylko obaw. Powiedziałam jednak, że to zadanie dla ludzi wyjątkowych, czyli absolutnie nie dla mnie. Ja się do tego nie nadaję, bo…. i tu padała cała lista przeciwwskazań. Mówiłam, że nie jestem wystarczająco zdyscyplinowana, że nie mam autorytetu u swojej córki, że ona mnie nie słucha, gdy chcę ją czegoś nauczyć, że ona w domu nie chce się w ogóle uczyć (chodziła do przedszkola), że ja jestem zbyt leniwa i wygodna, że nie mam ani wiedzy, ani wykształcenia, że nie umiem uczyć, że nie umiem zachęcić, że nie umiem zmotywować itd., itd. Słowem: chciałabym, ale ja się do tego nie nadaję! Zapisałam się na facebookową grupę Edukacja domowa i zazdrością podglądałam poczynania innych rodzin, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że ONI są niezwykli, mają jakieś niesamowite talenty i zdolności. Gdzie mi do nich! Mój podziw dla ED rósł, ale i moje poczucie bezwartościowości również.
Uważam, że nie ma przypadków i nic nie dzieje się bez sensu. Nadarzyła się okazja, żebym i ja mogła zasmakować w edukacji domowej. I jestem pewna, że gdyby nie splot tych wydarzeń, nigdy bym się nie odważyła, gdyż byłam niejako sama uwikłana w system. Marta poszła do przedszkola, a ja do pracy. Planowałam następnie znaleźć dla niej dobrą, prywatną szkołę katolicką. Edukacja domowa kojarzy mi się bowiem także z mamami, które nie pracują (lub pracują w domu) i zajmują się dziećmi. Często jest tych dzieci więcej niż przeciętnie ;) Ja o sobie myślałam jako o mamie pracującej. Perspektywę zmienił splot dwóch wydarzeń; zajście w ciążę oraz fakt, że nasze przedszkole w ostatniej niemal chwili zrezygnowało z prowadzenia zerówki dla dzieci z drugiej połowy 2008 roku. Marta jako urodzona we wrześniu 2008 roku, jako ostatni rocznik mogła skorzystać z przywileju, że rodzice sami mogli zadecydować, czy posyłają dziecko do pierwszej klasy, czy do zerówki. Dla nas od samego początku było oczywiste, że M zostaje w zerówce. Początkowo miała to być zerówka w przedszkolu, do którego chodziła. Okazało się jednak, że mniej więcej połowa dzieci z jej grupy idzie do pierwszej klasy, dlatego siostry zadecydowały, że nie będzie zerówki w przedszkolu. W tym czasie urodził się już Staś. Znowu byłam w domu. Znowu myślałam o sobie, jako mamie zajmującej się dziećmi. Sporo myślałam o czasie, jaki straciłam, gdy M chodziła do przedszkola. Chciałam jej to jakoś wynagrodzić, być z nią więcej, dać jej siebie. Widziałam też pewne złe wpływy przedszkola, które chciałam jakoś złagodzić. Zaczęłam powoli myśleć o tym, że i tak jestem w domu ze Stasiem na macierzyńskim, to może by tak tę zerówkę zrealizować w trybie edukacji domowej, a od pierwszej klasy znajdziemy jakąś szkołę. Przecież właściwie NIC nie muszę robić, bo M przygotowanie przedszkolne ma już zrealizowane. Przecież jej niektórzy rówieśnicy idą z obecnym stanem wiedzy i rozwojem emocjonalnym do pierwszej klasy. Mąż podłapał temat i był bardzo przychylny. Początkowo myśleliśmy więc tylko o tym, by spędzić ten rok razem. Zobaczyć też, czy się nadaję, jak sobie radzę. Zrobić sobie próbę. Oczywiście okazało się, że mam bardzo dużo powodów do frustracji. Nadal bowiem strasznie porównuję się z innymi, co wcale nie robi mi dobrze. Wielokrotnie miałam już nawet myśli, że wyślę M do szkoły. Ale zaraz bardzo szybko przypominało mi się, jakie to niefajne miejsce. Nie potrafiłam jednak czasem poradzić sobie z poczuciem własnej słabości. Wtedy pisałam pełne rozpaczy posty na grupach Edukacja domowa i Edukacja domowa – szkoła podstawowa i zerówka. Chcę w tym miejscu jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy wielokrotnie podnosili mnie na duchu, przekonywali, że dam radę, a raczej, że radę da Marta. Bo to właśnie zrozumiałam. Nie ja muszę dawać radę. Radę ma dawać sobie dziecko. A ono, jeśli tylko nie przeszkadzamy, dajemy przestrzeń, tworzymy warunki, na pewno da sobie radę. Kocham ED całym sercem. Widzę, jak moje dziecko kwitnie. Dziś, widząc wycieczkę szkolną w muzeum zapytała: dlaczego wszystkie dzieci nie uczą się w domu?  Było jej chyba jakoś żal tych uczniów.

Ten niecały  rok pokazał mi wiele o mnie. Staję w prawdzie o sobie. Jestem leniwa, niezorganizowana i rozlazła. Jestem śpiochem i spóźnialską. Brakuje mi kreatywności i cierpliwości. Ale tego wszystkiego, czego mi brak uczę się przy moich dzieciach. One są dla mnie szkołą. A ja jestem szkołą dla nich. Uczą się bowiem najwięcej przez naśladowanie. Są niezwykle mimetyczne. Nie wyleczyłam się z moich kompleksów, ale bardziej patrzę na talenty swojej córki, niż własne wady. Wiem, że da radę, dlatego zamiast (wątpliwej) kariery zawodowej wybieram edukację domową. Wiąże się to dla nas ze sporymi utrudnieniami finansowymi. Bo teraz jedyną przeszkodą dla ED, jaką widzę, to właśnie praca mamy. Nie każdy może sobie pozwolić na luksus pracy w domu. Choć to może być wątpliwy luksus. Mam za sobą epizod pracy w domu, gdy Marta miała rok. To było dla mnie bardzo trudne, połączyć te dwa obowiązki. Wybieram jednak inne dobro. Nie będziemy spędzać wakacji za granicą, a nawet w pensjonatach w Polsce. Liczymy na naszych przyjaciół i ich gościnę. Nie będziemy nosić najlepszych ciuchów. Także liczymy na naszych przyjaciół, którzy dają nam ubrania po swoich dzieciach. Nie będziemy mieli samochodu marzeń, czyli BMW bo to Będziesz Miał Wydatki ;) I wielu innych wartościowych rzeczy materialnych, ale za to będę z moimi  dziećmi. Będę z bliska obserwować, jak się rozwijają. Nie umknie mi żadne słowo ;) Będę im towarzyszyć w przygodzie, jaką jest nauka. Nadrobię swoje liczne braki w wiedzy oraz w rozwoju osobistym. I będę się z tego cieszyć, tak jak się cieszę teraz, każdego dnia, od kiedy nie mam już żadnych wątpliwości, że ED to najlepsze, co się nam mogło przytrafić.

poniedziałek, 4 maja 2015

Lekcja w Kampinosie

Dziś mieliśmy okazję być na lekcji w Centrum Edukacyjnym przy Kampinoskim Parku Narodowym. Oczywiście lekcja bardzo ciekawa. Zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się sporo rzeczy. Na początek omawialiśmy makietę parku - robi wrażenie. 

Następnie oglądaliśmy interaktywną wystawę.





Spreparowane zwierzęta, wyglądają niemal jak żywe.

Następnie dowiedzieliśmy się czym różni się poroże od rogów. To pierwsze jest wymieniane co roku, a drugie rośnie całe życie. Można się było też zmierzyć z uniesieniem łopaty łosia.


Zarówno na wystawie, jak i w lesie nie zabrakło wątków patriotycznych. Kampinos był schronieniem dla wielu walczących o niepodległość naszego kraju bohaterów.



Nie wystraszyliśmy się deszczu i poszliśmy na krótki spacer. Widzieliśmy buchtowisko, czyli miejsce po dzikach. Staliśmy w ciszy i wsłuchiwaliśmy się w dźwięki natury - cudowne uczucia.

Oglądaliśmy miejsce, gdzie jakiś ptak oskubał upolowanego gołębia. Niestety na zdjęciu za dobrze nie widać piór. W lesie tym żyją największe, dzikie gołębie w Polsce, grzywacze.



Oglądaliśmy także mrowisko. Pan leśnik pokazał nam, jak mrówki rudnice, czyli największe mrówki w Polsce, strzelają kwasem mrówkowym. Okazuje się bowiem, że samo ugryzienie mrówki wcale nas nie boli, dopiero kiedy dostanie się do niego ów kwas, czujemy pieczenie.

Widzieliśmy także ślady po samcu sarny, a właściwie po tym, jak odpoczywał klękając.



A na koniec spotkaliśmy żuczka gnojarza, który spełnia bardzo ważną rolę w oczyszczaniu lasu :)


Nie ma to jak Kampinowski Park Narodowy. Polecamy :) My bardzo chcemy wracać :)

sobota, 25 kwietnia 2015

Tradycyjne francuskie naleśniki bez glutenu Pascala Brodnickiego


Człowiek uczy się całe życie. Dziś byłam na spotkaniu dla dzieci z Pascalem Brodnickim. Jako atrakcję przewidziano naleśniki. Z góry więc nastawiliśmy się, że z poczęstunku nie skorzystamy. Tym większe i milsze było nasze zaskoczenie, że Francuzi robią także tradycyjne naleśniki bezglutenowe. Pascal wyjaśnił nam różnicę między francuskim le crêpe i la galette. Okazuje się bowiem, że tradycyjnie we Francji naleśniki na słodko (zwane le crêpe) przygotowywane są na bazie mąki pszennej. Natomiast naleśniki w wersji wytrawnej robione są z mąki gryczanej i mają swoją osobną nazwę, właśnie la galette.
Pascal podzielił się także recepturą na te naleśniki i oczywiście przygotował je dla nas. Miałam zaszczyt je jeść :)
Przepis:
- 1 kg mąki gryczanej
- 1 – 2 jajka
- sól
- odrobina cukru
- 2 l wody
Ciasto powinno być lejące, a co najważniejsze powinno leżakować w lodówce co najmniej 24 godziny – jego ciasto czekało półtora dnia.
Powiedział też że jeśli bardzo się spieszymy, powinniśmy poczekać minimum godzinę albo dodać więcej jajek.
Do ciasta nie wolno dodawać tłuszczu. Smarujemy patelnię tłuszczem tylko przy pierwszym naleśniku, resztę smażymy bez tłuszczu. Podzielił się też swoim patentem do smarowania patelni. Jest połowa ziemniaka nabita na widelec i maczana w tłuszczu.

Całość dopełnił jeszcze farsz:
Na początek rozbijamy na środku jajko. Rozsmarowujemy delikatnie białko, tak by nie uszkodzić żółtka, ale by białko szybko się ścięło.



Dookoła żółtka układamy dodatki:
- pomidory podduszone z czosnkiem
- smażone pieczarki
- szynka
- ser



Zawijamy boki, aby pozostało widoczne żółtko i chwilę podgrzewamy  na patelni.




Naleśniki bardzo nam smakowały, więc z pewnością sposób z leżakowaniem ciasta wykorzystamy.


Serdeczne podziękowania dla Stowarzyszenia Możesz - organizatora spotkania
http://www.mozesz.org/

piątek, 24 kwietnia 2015

Mapa

Edukacja domowa pozwala na różnorodność i swobodę. Jedna z niewątpliwych zalet polega na tym, że każda rodzina może ją realizować, jak sobie wymyśli. Jedni wybierają podążanie za dzieckiem, inni realizują program, niejako robiąc szkołę w domu. Każdy wybiera to, co mu odpowiada. I to jest piękne i wspaniałe. Dlatego też nie ma jednej odpowiedzi, jak wygląda dzień rodziny ed. Dlatego tak trudno odpowiedzieć, na czym to polega. W każdej rodzinie wygląda to po prostu inaczej. A u nas? Sama do końca nie potrafię odpowiedzieć ;) Jesteśmy dopiero w zerówce i pierwszy rok w domu, bo wcześniej M chodziła do przedszkola, więc przechodziła także proces odszkolnienia. Podoba mi się idea podążania za zainteresowaniami dziecka i tu widzę swoją ułomność. Staję ostatnio w prawdzie o sobie. Uważałam się za dobrze zorganizowaną i z wewnętrzną dyscypliną. Co za rozczarowanie! Przeszłam przez kilka fal frustracji, by wreszcie uznać, że w domu moje cechy tak cenione w pracy, w ogóle nie istnieją. I trudno! Wcale to nie przeszkadza nam, by nadal pozostać w ed. Można być rozlazłym, niezorganizowanym, niekreatywnym, a nawet leniwym i nadal być w ed! Bo nasze dzieci są kreatywne i ciekawskie. Ich zapał nie jest niszczony przez system. Boje się tylko, żebym ja tego nie zniszczyła. Kilka razy miałam takie wrażenie, kiedy moja córcia chciała coś robić, a mi zabrakło sił, żeby temat pociągnąć. Ostatnio jednak coś się udało i jestem po prostu dumna z nas obu. Uważam, że obie przeszłyśmy jakąś wewnętrzną przemianę, bo wcześniej M mniej chętnie przyjmowała moje propozycje. Natomiast ostatnio udało mi się jednak wyczuć moment. M na świetlicy Montessori zrobiła z kolorowej masy solnej wymyśloną mapę. Bardzo mi się ta praca spodobała, zwłaszcza, że M zrobiła Polskę i stwierdziła, że próbowała zrobić Afrykę. 



Zapytałam ją, czy zatem nie chciałaby zrobić prawdziwej mapy z kontynentami. Byłam pewna, że nie będzie chciała. Ale ona się zgodziła! Niestety często wcześniej w podobnych sytuacjach, potrafiłam tematu nie pociągnąć i tracić okazje, ale tym razem postanowiłam iść za ciosem. Uwierzcie, że to naprawdę praca nad sobą. Kocham za to ed, między innymi ;) Zaangażowałam jeszcze tatę, bo poprosiłam, żeby znalazł nam kontynenty do druku. S jak na życzenie spał prawie 2 godziny – dokładnie tyle zabrało nam wyklejanie plasteliną kontynentów. Obudził się dosłownie w momencie, gdy skończyłyśmy – co za wyczucie chwili ;)




Inspirowałyśmy się kolorami kontynentów wg metody Montessori. Mapa wisi na lodówce i jest cały czas okazją do utrwalania nazw kontynentów, bo M stale się mylą Ameryki i trudno zapamiętać nazwy Australia i Antarktyda. Natomiast gdy ja pytam, gdzie leży dany kontynent, pokazuje bezbłędnie :) Jestem taka zadowolona. Moja córcia mnie inspiruje.


Ps. Na mapie brakuje Antarktydy, bo taka wersja się nam wydrukowała i M już nie chciała jej doklejać (jest biała wg Montessori). Natomiast zabawnie wygląda, gdy pokazuje, gdzie leży, gdy o to pytam :)

Ps2. Myślę, że nie bez znaczenia był mój autentyczny zachwyt mapą, którą Marta sama wymyśliła. Gdybym skrytykowała, że po co tak wymyślać, że lepiej robić prawdziwą, pewnie by jej to wcale nie zachęciło do zrobienia mapy prawdziwej. A widząc mój entuzjazm zapewne poczuła zachętę, by robić coś dalej.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wegańskie brownie bezglutenowe

Od wczoraj chodzi za mną ochota na ciasto z ugotowanej kaszy jaglanej. Wczoraj nie znalazłam żadnego ciekawego i szybkiego przepisu, więc powstał budyń. Ku mojemu zaskoczeniu i radości jadła go także Martusia. Ale smak na ciasto pozostał. Dziś zajrzałam do zeszytu, do którego czasem spisuję znalezione w necie przepisy oraz utrwalam rodzinne przepisy moich mam. W czasie weekendu wyjedliśmy wszystkie jajka, ale ku mojemu zaskoczeniu znalazłam przepis na czekoladowe brownie bezglutenowe, bez mleka i bez jajek! Nigdy wcześniej go nie piekłam. Widać czekał na swój dzień. Nawet nie wiem, skąd mam ten przepis.

Zależało mi też na czymś szybkim. Gdybym miała wcześniej ugotowaną kaszę, rzeczywiście robiłby się błyskawicznie, ale nawet z gotowaniem wszystko nie trwało zbyt długo.




Przepis:

Suche składniki:
- 1,5 szklanki mąki gryczanej
- 2-3 łyżki kakao
- ½ szklanki cukru trzcinowego nierafinowanego
- szczypta soli morskiej
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej (na koniec)

Mokre składniki:
- 3 czubate łyżki oleju kokosowego
- 1 łyżeczka octu jabłkowego (miałam tylko balsamiczny i też się nadał ;)
- 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
- 2 czubate łyżki rozgotowanej kaszy jaglanej
- 1 szklanka wody

Jeśli mamy wcześniej ugotowaną kaszę to dodajemy do niej wodę i chwilę podgrzewamy. Jeśli nie mamy, to gotujemy najpierw kaszę. Potem wkładamy do blendera kielichowego wszystkie mokre składniki. Możemy też oczywiście zblendować wszystko ręcznym blenderem.
Suche składniki (oprócz sody) mieszamy w osobnym naczyniu. Dolewamy do nich mokre składniki i miksujemy na gładką masę. Dosypujemy sodę i mieszamy przez chwilę. Wylewamy na blachę wyłożoną papierem. Pieczemy w piekarniku nagrzanym na 180 przez pół godziny – mój był gotowy po 25 minutach – czułam, jak pachnie.

Można polać polewą, posypać pudrem lub serwować od razu.


Smacznego :)

niedziela, 15 marca 2015

Chleb powszedni i bułki. Chleb Dominika



Wiele lat temu zbierałam się za pieczenie własnego chleba, ale nigdy nie doszło to do skutku. Jakoś najłatwiej było wejść do sklepu i kupić. Ale od kiedy jesteśmy na diecie bezglutenowej stało się to koniecznością. Nie chciałam bowiem kupować gotowych chlebów bg, bo są tak nafaszerowane chemią, że mijało się to z celem, jakim było wprowadzenie zdrowego żywienia w naszej rodzinie. Po pierwszych kilku zaledwie eksperymentach, bardzo długo piekłam chleb wg przepisu od znajomej (chleb Marty) Ostatnio jednak mieliśmy przyjemność spędzić kilka dni u  znajomych w Krakowie. Wiele dobrego tam doświadczyliśmy, może jeszcze będzie okazja o tym napisać. Jednym z owoców jest nowy przepis na chleb, który dostaliśmy od Dominika. Podziwiam tego Tatę, który wstaje rano, przed wszystkimi, szybko i zwinnie wyrabia ciasto na dwa bochenki. A kiedy wszyscy wstają, wita ich nie tylko piękny zapach, ale i pyszny chlebek. Ponieważ mojej M bardzo zasmakował, poprosiła mnie, bym wzięła przepis od wujka i taki chleb piekła. Mama nie miała więc wyjścia ;) Jestem bardzo wdzięczna Dominikowi za ten przepis. Tym wpisem chcę mu serdecznie podziękować i docenić jego rolę w naszym życiu.

Chętnie podzielę się z Wami przepisem, tym bardziej, że jest bardzo prosty, a efektowny. Doskonale się też nadaje na zrobienie bułeczek w formie na muffinki. Kupiłam sobie maszynę za 40 zł w Biedronce i teraz robię oprócz chleba także bułeczki :)





Przepis:
500 g mąki gryczanej
100 g mąki ryżowej – tu można stosować różne kombinacje, zamieniać i mieszać różne mąki bg (sorgo, komosa, amarantus, a ja bardzo lubię ciecierzycę)
750 ml ciepłej wody – ok 30 stopni
Opakowanie suchych drożdży lub 12-14 g mokrych (Jeśli używamy mokrych drożdży, należy rozpuścić je w wodzie)
3 łyżki oliwy
1-2 łyżeczki soli – w zależności od tego, jak słony chleb lubimy
2 łyżeczki cukru trzcinowego
Wszystko mieszamy razem mikserem. Odstawiamy do ciepłego miejsca na co najmniej godzinę. Uwaga, bo ciasto bardzo rośnie, więc naczynie musi być odpowiednio większe, żeby nam z niego nie „wykipiało”. Ja przykrywam ściereczką, zawijam w koc i odstawiam do łazienki, bo tam jest u mnie teraz najcieplej.
Po tym czasie ciasto mieszam łyżką i przekładam do foremki. Piekę 1 godzinę w 175 stopniach. Po upieczeniu wyjmuję do góry nogami na kratkę i czekam aż ostygnie. Dopiero wtedy kroję.




Smacznego :)

wtorek, 17 lutego 2015

Ekomamuśka na poczcie

Jak ja nie lubię poczty. No nie znoszę wręcz. Kiedyś to nawet chciałam pracować na poczcie, co by zmienić jej oblicze. O naiwności! Omijam, jak mogę, tzw. szerokim łukiem, no ale jednak monopolistę trzeba czasem zaszczycić swoją osobą, żeby coś wysłać, ehhh. Stało się, że i dziś musiałam się wybrać do tego przybytku. Od miesięcy leżą pieluchy wielorazowe, z których pacholę wyrosło, a ja nie mam się kiedy zabrać za ich obfocenie celem wrzucenia na jakieś forum, co by spieniężyć towar. Trochę przypadkiem ktoś się zainteresował i dokonał zakupu. Mówię Wam, tak kocham te moje pieluchy, że wcale mi pełen ich wór nie zawadza, a wręcz mam syndrom „Niemiec płakał, jak sprzedawał” i z autentycznym bólem serca się z nimi rozstaję.
Jako prawdziwa ekomamuśka, oprócz pieluch wielorazowych, miałam zachowane także koperty, w których te pieluszki płynęły do mnie szeroką falą przez całą ciążę oraz pierwsze miesiące życia Młodzieńca. Skoro mojemu Pupusiowi nie przeszkadza sikać w pieluchę, w którą już ktoś sikał, to tym bardziej mi nie przeszkadza ponowne użycie koperty. Co by tylko nie zasilać funduszu wstrętnej poczty. Oczywiście kopertę potraktowałam tak, że nie było widać poprzednich nazwisk.
Piękna pogoda pomogła w trudnym zadaniu, jakim jest wizyta na poczcie. Pierwszy absurd już przy wejściu. Bo o to poczta mieści się w bloku, niby na parterze, ale takim wysokim, co to schody być muszą. A jak schody, to oczywiście wjazdu dla wózków brak! I radź sobie Matko Polko sama. Dobrze, że Syn nie spał, bo kiedyś nie wiedziałam co mam zrobić – tachanie wozu ze Śpiącym Królewiczem gwarantowało jego przebudzenie, ale nie tak bajkowe, no chyba, że mówimy o obudzeniu Smauga. Na szczęście ktoś zauważył, że nie wiem, co ze sobą zrobić – brać wózek czy porzucić go pod pocztą i jakoś mi pomógł. Dziś na szczęście Księciunio nie spał i spokojnie mogłam się wtarabanić po schodach z wózkiem i jego obciążeniem około 12 kg. Dobrze, że asystowała mi córa, bo samemu nie sposób otworzyć jednych i drugich drzwi zaraz obok siebie, tak by nie zrzucić wózka, bo nie ma go gdzie postawić. Dobra, ale nie o tym w ogóle ten post. Bo najważniejsze właśnie przy okienku. Wchodzę, mówię dzień dobry, nikt nie odpowiada.
Przy jednym okienku ktoś stoi i widać, że odchodzi, przy drugim nikt. Kiedy tam podchodzę doświadczam, co znaczy być niewidzialnym. Powtarzam dzień dobry i znów odpowiada mi cisza. Pani zajęta czymś nawet nie drgnie. Cóż za sztuka, umiejętność skupienia w takich warunkach, gdy ludzie przyłażą i czegoś chcą. Pani z drugiego okienka mnie prosi. Podchodzę i mówię uprzejmie, z gorącym sercem i wypiekami na twarzy, wszak świeciło słońce, co gwarantowało dobry humor i zgrzałam się od dźwigania wózka:
- Dzień dobry. Chciałabym to wysłać, tylko nie wiem, czy da się listem, czy to paczka musi być. Proszę o pomoc.
- Ale co to ma być?
- No właśnie nie wiem, czy list, czy paczka.
- Ale nie o to chodzi, to używana koperta. Nie może być.
- Ale dlaczego nie może być? Przecież wszystko obklejone.
- Po pierwsze to wygląda nieetycznie. (Takiego właśnie określenia pani użyła, mając zapewne na myśli – nieestetycznie – bo rzeczywiście widać, że koperta używana, ale właśnie tak wygląda każda koperta, kiedy już dotrze do adresata. Rozumiem, że nadawca ma podać na poczcie kopertę estetyczną, ale w drodze zostanie ona tak zmacerowana, że i tak dociera nieetyczna – przepraszam – nieestetyczna). A po drugie mamy nakaz używania nowych kopert.
Ja już czułam spisek. No cóż, ma się tego nosa do spisków. Znów mnie naciągają na pieniądze. Już poczta wymyśla, jak kolejne złocisze ze mnie wycisnąć – nic z tego, nie ma mowy, nie dam się. Więc nadal niezwykle uprzejmie kontynuuję:
- Ale co to przeszkadza? Bo wie pani, ja jestem bardzo ekonomiczna i ekologiczna i wielu rzeczy używam wielokrotnie i dopóki ta koperta nie będzie w strzępach, będę jej używać.
- No ale wie pani, to tak jak by pani używała ponownie pampersa.
(No też się pani trafiło porównanie, jak kulą w płot :) )
- Haha (brzmiałam perliście), akurat ja używam pieluch wielorazowych i tak, piorę je, używam ponownie. A co lepsze, w tej kopercie są właśnie pieluszki wielorazowe, które już ktoś nosił przed moim synem, potem on, a teraz dalej będzie ich ktoś używał, bo lecą w świat.
Na takie dictum pani absolutnie skapitulowała. Stwierdziła już tylko dobrodusznie, że ona musi to jeszcze obkleić po swojemu, bo nie może na to patrzeć, ale paczkę  puściła.


I tak to ekomamuśka pokonała system pieluchami wielo.


sobota, 29 listopada 2014

Wszyscy na Ciebie czekamy


Właśnie rozpoczyna się mój ulubiony okres liturgiczny - Adwent. Bardzo chciałam w tym roku nie zmarnować tego czasu i wykorzystać go, by jakoś zaangażować córkę. Początkowo bałam się, że mam mało czasu i niewiele mogę przygotować, ale ostatecznie udało mi się kilka rzeczy, którymi chcę się podzielić. Może kogoś zainspiruję ;)

Oczywiście pierwsze moje pomysły dotyczyły tzw. kalendarza adwentowego. W internecie jest mnóstwo pomysłów. Ale bardziej od wyglądu zastanawiałam się jeszcze "co do środka?" Z kolei ktoś inny podpowiedział mi, że można zrobić drabinę, po której schodzi do nas Pan Jezus.

Myśląc nad tym wszystkim, sama wpadłam na pewien pomysł. Chcę, by Marta traktowała adwent, jako czas przygotowania na przyjście Pana - zarówno to w Święta Bożego Narodzenia, jak i to powtórne. Najlepszym sposobem na to jest przygotowanie serca. Zaproponowałam jej więc, że w zrobimy serce, które będziemy wyścielać siankiem dobrych uczynków. I tak jak chcemy, by Jezusowi było miękko na sianie, tak chcemy, by było Mu przyjemnie w naszych sercach. Bardzo jej się to spodobało. Wycięłam serce, a M wymyśliła, że pomaluje je na różne kolory. Już nie może się doczekać wyścielania siankiem. Mam nadzieję, że taka wizualizacja pomoże jej zrozumieć o co chodzi. Wyciągnęliśmy więc już naszą ukochaną szopkę. Na razie są w niej zwierzęta oraz wielkie serce - wszyscy czekają :)




W końcu oprócz tego udało się nam zrobić drabinę oraz "kalendarz". Będą także "puzzle" - pocięte kartki do kolorowania o tematyce BN - codziennie kawałek, a z drugiej strony podany fragment Pisma Świętego do wyszukania i przeczytania. Poza tym każda kartka ponumerowana, więc codziennie będzie okazja do ćwiczenia liczb i liczenia. 
Martusia narysowała też Pana Jezusa, którego przypinamy codziennie o jeden szczebelek niżej na drabinie.

W kalendarzu natomiast pojawi się sporo różności. Będziemy na bieżąco wymyślać, tym bardziej że Marta już przejrzała wszystkie skrytki naszej jaskini w poszukiwaniu niespodzianek. A będą tam przeróżne zadania religijne i nie tylko. Poza tym codziennie po kawałku z zestawu klocków lego. Będą się też pojawiały inne zabawki. Na pierwszy dzień mamy zestaw do odlewów gipsowych o tematyce BN. Oprócz tego nerkowiec i kwiatek, jako drobiazgi umilające :)





Wspaniałym doświadczeniem była nasza wspólna praca już na etapie przygotowań :)



Życzymy wszystkim owocnego adwentu i jeśli czas pozwoli będę się z Wami dzielić, jak nam idzie :)

sobota, 18 października 2014

Coś na deser 6 razy bez

Dziś chcę się podzielić moim pomysłem na coś słodkiego bez glutenu, bez mleka, bez jajek, bez cukru, bez pieczenia i nawet bez gotowania!
Najogólniej to kulki bakaliowe. Możecie użyć niemal czego chcecie – dają więc wiele, wiele możliwości.



Moje zrobiłam dziś w dwóch wersjach. Obie zaczynam tak samo. Wrzucam do blendera, co mi się na winie i na co mam ochotę oraz to co mam w domu. Dziś to były różne orzechy, mak, rodzynki, suszone morele, daktyle. Zmiksowałam. Dosypałam amarantusa ekspandowanego i połączyłam wszystko olejem kokosowym. Z połowy masy ulepiłam kuleczki i obtoczyłam wiórkami kokosowymi. Do drugiej części dodałam banana – były bardziej wilgotne i łatwiej się sklejały. Także obtoczyłam wiórkami kokosowymi. Oba rodzaje wyszły pyyyyszne. Wstawiłam do lodówki – smakują lepiej, gdy lekko stwardnieją i się schłodzą, ale nadają się do bezpośredniego spożycia. Stanowią wspaniałą alternatywę dla cukierków, pralinek itp.



Polecam, bo są łatwe i szybkie w przygotowaniu. Do tego słodkie tak bardzo, jak tylko chcecie. Po prostu w zależności od tego, jaki smak chcecie osiągnąć, dajecie mniej lub więcej suszonych owoców. Można też dodać miodu.




Smacznego J

niedziela, 28 września 2014

Chleb Marty

Długo zabierałam się za to, co kiedyś było podstawą naszej diety, a od czasu przejścia na bezgluten, zeszło na dalszy plan. Chleb. O ten chleb jednak ciągle dopominała się Martusia. Ja bym mogła chyba żyć bez pieczywa, ale Martusi, której i tak zabrałam bardzo dużo i co znosi w sumie naprawdę dobrze, nie mogę tego zrobić. W końcu wzięłam się za szukanie przepisu na chleb. Oczywiście dla mnie leniwca kuchennego nie może to być zbyt trudny przepis. Po swoim debiucie z chlebem jaglanym na kefirze i sodzie, wiem, że Marta lubi, by chleb nie był „suchy”, czyli po naszemu sypki. Poznałam koleżankę na facebooku i ponieważ w wielu sprawach mi doradziła i pomogła, zapytałam ją o prosty przepis na chleb, który będzie smakował mojej córce. Jako, że obie są Marty, chleb został przeze mnie nazwany tym pięknym imieniem, bo mojej córce smakuje! J Co za radość!



Podaję zatem przepis korzystając z opisu mojej Kochanej Marty, której ślę przy okazji ukłony i podziękowania. Mam nadzieję, że nie oskarży mnie o plagiat ;), ale opisała mi to tak dokładnie, jak znawca laikowi, dlatego zachowuję niemal w oryginale, by każdy mógł śmiało skorzystać z tego przepisu.

Najpierw robimy zaczyn:
  • 100 ml gorącej wody (nie wrzącej! ma mieć ok.60-70 stopi)
  • 100 g mąki gryczanej
  • czubata łyżeczka lnu mielonego
  • łyżka cukru(koniecznie!-to dla drożdży)
  • opakowanie drożdży w proszku


Zaczyn przykryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na 30-40 minut. Nie stukaj w blaty w okolicy, nie zaglądaj.

Potem do zaczynu dosypujemy:
  • 200 g mąki gryczanej
  • 50 g ziemniaczanej

I wersja
  • 100 g jaglanej
  • 50 g amarantusowej

II wersja
  • 50 g jaglanej
  • 100 g kukurydzianej

Oraz:
  • 350ml dobrze ciepłej wody
  • 3 łyżki dobrej oliwy
  • łyżeczka soli

Wymieszać wszystko dokładnie mikserem.
Można na koniec wsypać pestki słonecznika, dyni i całe siemię-po łyżce.
Keksówkę wyłóż papierem i wlej ciasto chlebowe. Będzie rzadkie (powinno być jak gęsta śmietana). Bardzo mokrymi dłońmi wygładź wierzch (robi się od tego chrupiąca skórka), siteczkiem oprósz wierz obficie mąką gryczaną. Przykryj i odstaw do wyrośnięcia w okolice piekarnika. Chlebek nie może wyrosnąć więcej niż 1,5-2cm, bo potem opadnie!  Jak wyrośnie tyle, ile powinien, to wstaw do gorącego piekarnika i piecz ok.1 i 10 minut w 180 stopniach.
Po wyjęciu z piekarnika wyrzuć chleb z keksówki do góry dnem i od razu zacznij odklejać papier – porwij go i odklejaj pasami, najpierw w poprzek długiego brzegu. Okolice krótkich brzegów odklejaj delikatnie –  jeśli porwiesz przy tym chleb to cały opadnie i zrobi się gniot. Powinien stygnąć w takiej pozycji. Krój dopiero jak będzie zimny. Jest dobry przez 2-3 dni.




Mój chlebek trochę opadł, z kilku możliwych powodów: mam stary piekarnik gazowy, bez termometru i ustawiam go na wyczucie (które mam dość słabe, bo nie lubię kucharzyć), może za dużo pozwoliłam wyrosnąć chlebkowi przed pieczeniem, a także niepotrzebnie pozwoliłam zajrzeć M do piekarnika w trakcie pieczenia. Najważniejsze jednak, że chleb smakuje mojej małej wymagającej córci. Aż chce mi się upiec następny :)

sobota, 12 lipca 2014

Przekonaj się, czy i Tobie nie szkodzi gluten.

Od pewnego czasu niemal prześladuje mnie temat zdrowego odżywiania. Pewnie przejmuję się bardziej, bo mam małe dzieci i bardzo bym chciała, żeby zdrowo się odżywiały, tym bardziej że ich nie szczepię i chciałabym właśnie stylem życia wzmocnić ich naturalną odporność. Nie mam czasu zająć się tematem systematycznie. Nie znalazłam do tej pory jednej książki, w której miałabym wszystko. No i spotykam mnogość teorii, często sprzecznych ze sobą na temat tego, co nam właściwie szkodzi oraz co i jak jeść . Do tego dochodzi jeszcze fakt, że wiele osób piszących o zdrowym odżywianiu posługuje się – jak dla mnie ezoteryczną - medycyną chińską. Dlatego sporo we mnie nieufności, co do tych teorii. 

Kolejną kwestią jest, że Staś skończył właśnie pół roku, więc czas na rozszerzanie diety. Chciałabym to dobrze wykorzystać i nie popełnić błędów, które przydarzyły mi się przy Marcie. Czytam więc sporo w tym temacie. Od jakiegoś czasu natrafiam więc na artykuły o glutenie, który to według pediatrów należy wprowadzać nie wcześniej niż w 5. i nie później niż w 6. miesiącu. No i klops. Bo jakoś nie miałam przekonania, że trzeba tak wcześnie. Z jednej strony coś mi podpowiadało, że to za wcześniej, z drugiej obawa, że jeśli będę zwlekać to wyrządzę dziecku krzywdę. Aż natrafiłam na zdanie, że kiedyś gluten wprowadzano później do diety dziecka, a teraz wprowadza się tak wcześnie, żeby robić to pod osłoną mleka matki – co ma łagodzić niepożądane skutki. Po prostu wiele mam po 6. miesiącu rezygnuje z karmienia piersią, więc przy wprowadzaniu glutenu później, dziecko nie miałoby tej osłony. Skoro więc ja mam zamiar karmić Stasia długo, mogę spokojnie poczekać.

Ale czy w ogóle muszę wprowadzać ten gluten? Po co on jest ? I co to w ogóle jest.

Naczytałam się, więc chcę się z Wami podzielić, czego się dowiedziałam.
Gluten to mieszanina białek roślinnych, gluteniny i gliadyny, znajdująca się w ziarnach popularnych zbóż, jak: pszenica, owies, jęczmień, żyto i orkisz. Ma on rzadko spotykane wśród innych białek właściwości fizykochemiczne i mechaniczne takie jak: elastyczność, sprężystość, lepkość i plastyczność.
W przemyśle piekarniczym największą zaletą glutenu jest jego kleistość i ciągliwość. Gluten pochłania bardzo dużo wody, dzięki czemu mąka, zawierająca gluten w połączeniu z wodą tworzy kleistą i ciągliwą masę. Dodatkowo gluten idealnie utrzymuje dwutlenek węgla, powstający podczas zachodzącej w cieście fermentacji drożdżowej, dzięki czemu ciasto po wypieczeniu jest pulchne i zachowuje dłużej świeżość. Gluten ułatwia przygotowanie wypieków i gwarantuje ich dobrą jakość, dlatego jest ceniony przede wszystkim przez piekarnie przemysłowe. 
Ponadto gluten wiąże tłuszcz z wodą, emulguje i stabilizuje oraz jest doskonałym nośnikiem dla aromatów i przypraw. Te właściwości powodują, że jest on nie tylko w produktach mącznych, ale również w:
- wędlinach, mielonym mięsie, paczkowanym mięsie oraz innych przetworach mięsnych
- przetworach rybnych
- produktach mlecznych, takich jak: jogurty, sery oraz śmietana (gdzie wcale nie powinien występować)
- słodyczach takich jak: czekolady, cukierki, lizaki
- lodach
- sosach, ketchupach oraz majonezach

- przyprawach

- koncentratach spożywczych
- napojach (tanie gatunki kawy rozpuszczalnej zawierają kawę zbożową)
- suszonych owocach (jako środek zapobiegający sklejaniu się owoców)

Czyli gluten może być/jest niemal we wszystkim! I na tym kończy się lista jego „zalet”, bo teraz najważniejsza informacja: gluten ma niewielkie wartości odżywcze, a właściwie jest nam do niczego niepotrzebny. Choć może, gdyby na tym lista działań glutenu się kończyła, to bym go tak nie potępiała. Niestety gluten jest po prostu szkodliwy. I wcale nie mam na myśli osób uczulonych (z tzw. nietolerancją glutenu) czy chorych na celiakię. On po prostu szkodzi wszystkim. 
Spożywanie glutenu może przyczyniać się do rozwoju około 50 różnych chorób, do których należą między innymi: osteoporoza, podrażnienia jelit, zapalenie jelit, anemia, nowotwory, przewlekłe stany zmęczenia, owrzodzenia, reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń, stwardnienie rozsiane i niemal wszystkie inne choroby autoimmunologiczne.
Gluten jest również związany z wieloma chorobami psychicznymi i problemami neurologicznymi, w tym schizofrenią, stanami lękowymi, depresją, demencją, epilepsją i neuropatią. Wykryto też związek między glutenem a autyzmem. 


Niestety objawy te mogą być błędnie przypisane wielu innym problemom zdrowotnym, co często prowadzi do mylnej diagnozy medycznej, jako choroby autoimmunologicznej zamiast szkodliwości glutenu. Jednak jeśli zauważasz u siebie poniższe objawy – wszystkie lub niektóre – warto się zastanowić, czy ich przyczyną nie jest gluten:
  1. Przeróżne problemy trawienne: częste wiatry, wzdęcia, mdłości, bóle brzucha, skurcze, zaparcia, biegunka (lub naprzemiennie), syndrom wrażliwego jelita 
  2. Problemy neurologiczne takie jak: zawroty głowy, nerwobóle, osłabienie, mrowienie lub drętwienie kończyn. 
  3. Bóle głowy lub migreny. 
  4. Bóle mięśni i tkanki łącznej. Problemy reumatyczne. 
  5. Kwestie emocjonalne, czyli dotyczące przewlekłej drażliwości i nagłych irracjonalnych zmian nastroju. Stany depresyjne i lękowe. 
  6. Zmęczenie, przewlekłe lub prawie po każdym posiłku. 
Ponieważ wiele rzeczy może powodować powyższe dolegliwości najlepszym sposobem jest zastosowanie diety bezglutenowej, aby się przekonać, czy coś się zmieni. Dobrze jest spisać sobie, z czym się zmagamy. Następnie trzymać dietę co najmniej 60 dni. Po tym czasie można zweryfikować, co z naszymi objawami. Jeśli ustąpiły – oznacza, że gluten nam szkodził. Jeśli nadal mamy wątpliwości, po wznowieniu zwykłej diety, zwróćmy uwagę, czy problemy nie powrócą ze wzmożoną siłą. To też potwierdzi wrażliwość na gluten.

No dobra, nadal nie wierzycie, że to wszystko przez ten gluten? Oto, co on nam robi:

1. Gluten uszkadza nasze jelita.
Gluten zawiera białko zwane zonulin, które może zmniejszyć szczelność między komórkami jelitowymi. Taka aktywność glutenu powoduje, że otwarte przestrzenie między komórkami, umożliwiają dotarcie do krwi większym cząsteczkom białkowym, co wywołuje odpowiedź immunologiczną. 
Może również spowodować wyciek treści jelitowej, w postaci szkodliwych bakterii, co może do tego stopnia zmęczyć wątrobę, że następuje kryzys toksyczności w organizmie. Stan ten, zwany zespołem nieszczelnego jelita odpowiada za około 50 % wszystkich przewlekłych ludzkich dolegliwości. Związany jest również z przewlekłym zapaleniem tkanek, co może prowadzić do problemów trawiennych, zmęczenia, zatrzymania płynów i nadmiernego podwyższenia stężenia kortyzolu.
2. Gluten uniemożliwia wchłanianie składników pokarmowych.
Gluten jest bogaty w kwas fitynowy, niestrawny związek, którego często nazywa się „anty-odżywczym”. Ponieważ wiąże się z istotnymi minerałami w naszym ciele, takimi jak magnez, wapń, żelazo i cynk, blokując ich wchłanianie przez organizm, czyli powodując ich bio -niedostępność. Ta właściwość powoduje, że jedząc gluten stajemy się poważnie niedożywieni.
3. Gluten powoduje oporność na insulinę.
Większość, jeżeli nie wszystkie środki spożywcze, zawierające gluten, przynoszą nam duże obciążenia glikemią. W konsekwencji, produkty z glutenem przeciążają nasze komórki, co może w końcu doprowadzić do oporności na insulinę, czyli stanu, w którym ciało nie może efektywnie wykorzystywać hormonu peptydowego.
Insulino oporność często poprzedza rozwój cukrzycy typu 2.
4. Gluten wywołuje opór leptyny
Leptyna jest hormonem, który reguluje odczucia głodu, oraz sytości i jest bezpośrednio związana z poziomem insuliny. Gdy poziomy leptyny są zakłócone, nasz mózg może wysyłać fałszywe komunikaty. W konsekwencji przejadamy się i tyjemy.

Nie znacie tego uczucia, że mimo zjedzenia dużej ilości pożywienia, nadal mamy ochotę na „coś”? Gluten z jednej strony zaburza łaknienie, z drugiej utrudnia wchłanianie składników mineralnych, co powoduje, że jemy więcej niż potrzeba i jesteśmy niedożywieni, mimo że często zmagamy się z tyciem. Błędne koło. Jedynym sposobem, by się z niego wyrwać jest dieta bezglutenowa. 
Zauważcie, że w innych dietach rezygnuje się z czegoś, co jest nam ogólnie potrzebne – węglowodany, białko, tłuszcze. I dlatego te diety są ze sobą sprzeczne i pomagając na jedno, szkodzą na drugie. Rezygnując z glutenu, rezygnujemy owszem z wielu przyjemności, ale z niczego, co byłoby nam niezbędne. Poza tym uważam, że dobra dieta to taka, która nie szkodzi dzieciom. Dieta bg może być z powodzeniem stosowana u dzieci. Nie tylko im nie szkodzi, ale i pomaga.

Osoby, które musiały – ze względów zdrowotnych – przejść na dietę bezglutenową i te, które dobrowolnie się na nią zdecydowały potwierdzają pozytywne zmiany:

  1. Poprawa kondycji psychicznej. Mniejsze zapotrzebowanie na sen, energia i brak uczucia chronicznego zmęczenia. Lepsza koncentracja, jasność umysłu i większa stabilność emocjonalna. 
  2. Mniejsze zapotrzebowanie na jedzenie – je się mniej – przez co można sobie pozwolić na droższe, zdrowsze zastępniki. 
  3. Brak problemów trawiennych. 
  4. Poprawa skóry, włosów i paznokci. 
  5. Trwała utrata zbędnych kilogramów. 
Ta wizja brzmi zachęcająco, choć znam osoby, które zmagają się z ciągłym uczuciem głodu. Wydaje mi się, że aby osiągnąć pozytywny efekt nie wystarczy tylko wyeliminowanie glutenu z diety, gdyż jest on chyba w 75% zwykłej żywności. Trzeba ją umiejętnie zastąpić, zdrową, dobrze zbilansowaną dietą. I w tym widzę swój największy problem. Nie ukrywam, że się tego boję – wysiłku i wydatków. Ale mając przed sobą taką wizję, chcę spróbować. Mocno motywuje i wspiera mnie w tym Mąż. Dlatego mam nadzieję, że wytrwamy. Pewnie najgorsze będą początki. Na razie zupełnie nie wiem, jak się za to wszystko zabrać, od czego zacząć. Dlatego chcę powoli wprowadzać zmiany, zwłaszcza, że jesteśmy na wakacjach. Jeśli czas pozwoli, będę pisać o naszej bezglutenowej przygodzie. Trzymajcie kciuki! A może ktoś dołączy do nas? :)








PS. Żeby nie było, że jestem taka mądra :) Korzystałam z artykułów i badań naukowych ze stron:
- www.pepsieliot.com 

czwartek, 10 lipca 2014

Próbując zrozumieć Matkę chorego dziecka.

Jestem tak zdruzgotana, że aż trudno zebrać mi myśli. Chciałabym coś więcej napisać, bo w krótkich komentarzach na facebooku nie da się wyczerpująco uzasadnić swojego zdania. Ale myśli tak mi krążą po głowie, że trudno będzie napisać coś bez chaosu.
Wydaje mi się jednak, że trzeba zacząć od początku. A początkiem było in vitro. Dla wielu ta kwestia nie jest w tym wypadku kluczowa. Czy to jednak prawda? Z jednej strony rzeczywiście nie, bo sposób poczęcia i tak nie wpływa na dalsze przekonania prolajferfów. Jednakże trzeba zauważyć, że to, co się dzieje po drugiej stronie, jest swoistą konsekwencją przyjętych założeń. Jeśli bowiem godzimy się na in vitro – inżynierię genetyczną, ingerencję daleko posuniętą, dochodzimy do takiej sytuacji. Zwolennicy in vitro nie chcą uznać, że dziecko w tej metodzie traktuje się jak produkt, jak rzecz. Ale właśnie sytuacja, gdy powstaje chore dziecko – któremu nawet po urodzeniu, wielu odmawia człowieczeństwa (sic!), obnaża prawdę o in vitro. Skoro bowiem powstaje produkt, który nam nie odpowiada, należy go usunąć. Ktoś powie, że podobnie dzieje się, gdy chore dziecko powstaje ze zwykłego poczęcia. Przykro mi to mówić, ale to świadczy w takim przypadku o egoizmie rodziców (choć nie tylko – ale o tym za chwilę – nie chcę wszystkich urazić). Każdemu bowiem grozi takie potraktowanie swojego dziecka – przedmiotowo. Jednakże w metodzie in vitro jest to kluczowe – tak bardzo bowiem uważa się, że „dziecko mi się należy”, że „chcę się poczuć ruchy dziecka”, że „chcę je sama urodzić”, że zapomina się, że dziecko nie jest meblem, który zamawiam u stolarza. Czy nie widzicie, że tu potrzeby, pragnienia rodziców (matki) są przedkładane nad dobro dziecka? Gdzie tu jest w tym dziecko? Jego godność? Staje się ono zachcianką, produktem, tak daleko posuniętym zamówieniem, że gdy nie spełnia wymagań, można się go pozbyć. (Na szczęście nie zawsze tak musi być).
Wbrew temu, co może się wydawać po moich powyższych słowach, jestem osobą bardzo empatyczną. Sama jestem matką i myślę, że umiem się wczuć w drugą matkę. Prolajferom zarzuca się, że nie myślą oni o matce tego chorego dziecka, że traktują ją jak inkubator itd. Ja o niej myślę. Wiele razy myślałam o matkach chorych dzieci. Znam osobiście takie mamy. Znam mamy, których dzieci umierały w czasie ciąży, dzieci, które umierały z powodu chorób po porodzie, kobiety, które zmagają się z niepłodnością lub które latami czekały na swoje dziecko. Sama też doświadczyłam niepewności, starań i zmagań o poczęcie pierwszego dziecka. Miałam przed sobą wizję niemożności posiadania własnych dzieci. Często też prześladowała mnie myśl, że urodzę chore dziecko. Naprawdę potrafię się wczuć. Bardzo przeżywałam śmierć dziecka mojej koleżanki. Urodziło się przedwcześnie. Bardzo kibicowałam, by przeżyło, ale tak się nie stało. Opłakiwałam je razem z jego mamą i nawet teraz lecą mi łzy, gdy to wspominam…  Wiem, jaki to dramat dla matki. Naprawdę nie muszę sama tego przeżyć, by wiedzieć, co to znaczy.
Dlatego szalenie współczuję matce tego dziecka, które dziś już odeszło. Domyślam się, jak wielkim cierpieniem jest niemożność posiadania własnego dziecka i rozumiem, że dlatego in vitro wydaje się być w tym momencie dosłownie wybawieniem. Dlaczego jednak nie mówi się o tym, że metoda ta niesie ze sobą OGROMNE ryzyko wad rozwojowych (nie tylko genetycznych, ale rozwojowych właśnie)?? W tej konkretnej sprawie też jest to skrzętnie ukrywane, spychane na boczny tor.
Tu można poczytać o badaniach na ten temat:
Procentowo więcej chorych dzieci powstaje z in vitro niż w czasie tradycyjnego poczęcia, ale możemy tego nie zauważyć, gdyż takie dzieci nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Kiedy więc dowiadujemy się w czasie ciąży, że nasze dziecko jest chore, możemy podjąć różne decyzje. O ile pierwsza reakcja jest niemal zawsze taka sama – szok i niedowierzanie, o tyle dalsze wybory są różne. Nie chcę przesądzać, bo nie mam danych (są one skrzętnie ukrywane – ciekawe czemu?), ale obawiam się, że może tak być, że dzieci z in vitro częściej są skazywane na śmierć przez swych rodziców, właśnie ze względu na podejście do dziecka przedmiotowo – produkt niezgodny z zamówieniem, więc reklamujemy. Brzmi okrutnie? Niewiarygodnie? Oczywiście jest to zawoalowane dramatem rodziców, ich cierpieniem. Ja nie odmawiam tym rodzicom tych uczuć! Oczywiście, że cierpią. Nie dość, że nie mogą począć dziecka normalnie, to jeszcze spotyka ich coś takiego. Jakie jednak jest podejście do tego chorego dziecka? Należy zakończyć jego życie. Niestety dzieje się tak zarówno w przypadku chorób śmiertelnych jak i wad, z którymi można żyć (ale „co to za życie”).
Ale skupmy się na biednej matce. Zastanawia mnie skąd pomysł, że decyzja o terminacji uchroni matkę przed cierpieniem. Są historie, które zaprzeczają takiemu podejściu. Nawet moja sześcioletnia córka powiedziała na temat tej konkretnej sprawy: „Czy mama tego dziecka nie może się nim cieszyć dopóki ono żyje?” W głowie jej się nie mieści, że można zabić (zdecydować o śmierci) własnego dziecka.  Mogę się tylko domyślać, jak ciężko było matce, gdy dowiedziała się, że jej upragnione dziecko jest chore i że i tak umrze wkrótce po porodzie. W dodatku będzie strasznie cierpieć. Wielu zarzuca profesorowi Chazanowi, że zabawił się w Boga, ale jak nazwać postawę, gdy decydujemy o terminacji? Czy nie to jest prawdziwą zabawą w Boga? Chcemy sami zadecydować o końcu życia danego istnienia. Podobnie jest z eutanazją. Argumentem jest tu cierpienie. Ale zastanówmy się, czy nasze odruchy są słuszne. Wyobraźmy sobie, że wypadkowi ulega nasz ukochany współmałżonek lub kilkuletnie czy nastoletnie dziecko. Przeraźliwie cierpią. My zaś stoimy w obliczu ich niechybnej, nieuniknionej śmierci. Czego wówczas pragniemy? Za przeproszeniem – dobicia konającego czy jednak spędzenia z nim tych ostatnich chwil? Nie chcę mówić za wszystkich, ale dla mnie naturalnym odruchem serca byłoby maksymalnie ulżyć w cierpieniu i wykorzystać ten pozostały czas na okazywanie miłości i czerpanie miłości – bycie razem, cieszenie się bliskością. Nie wyobrażam sobie, by sobie to odbierać, skracać ten czas. I myślę, że wiele matek ma takie podejście. W moim otoczeniu siostra bliskiego przyjaciela miała taką sytuację. Dla niej było oczywiste, by tak jak mówi moja córka: cieszyć się dzieckiem, póki jest z nami. Bardzo podobną historię można przeczytać tu: http://www.fronda.pl/a/maria-pikula-dla-frondapl-w-zadnym-momencie-ciazy-nie-czulam-sie-chodzaca-trumna-dla-mojego-dziecka,38656.html
Dlaczego więc rodzice/matki decydują się na aborcję? Myślę, że w pierwszej kolejności odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą lekarze. Znam bowiem niejedną historię, kiedy lekarz gdy tylko powstało ryzyko choroby dziecka, od razu sugerowali rozwiązanie w postaci aborcji. Okazuje się, że standardowym wyjściem z sytuacji jest „zabicie problemu w zarodku”. Lekarze może nie zdają sobie do końca sprawy z tego, jakimi są autorytetami dla kobiet w ciąży. Zwykle nie dyskutujemy z ginekologiem, gdy zleca nam jakieś badania i zapisuje leki. Ufamy. Wierzymy, że skoro mówi, iż to najlepsze rozwiązanie, to należy je wybrać. Nie mówię, że z łatwością. Nie twierdzę, że podjęcie takiej decyzji to pestka. Kobieta cierpi. Tylko fałszywie według mnie, przekonuje się ją, że terminacja oznacza koniec jej problemów. Pomijam już możliwość powikłań po aborcji, które uniemożliwiają poczęcie kolejnego dziecka, ale często zostaje w matce żal, trauma. Owszem śmierć dziecka po narodzinach jest także cholernie trudnym i traumatycznym doświadczeniem, ale wiele historii – jak choćby ta powyżej zalinkowana – potwierdza, że można to przeżyć w taki sposób, by nie mieć żalu do siebie. Skoro myślimy o matce, to uważam, że wywieranie na niej presji, by zabiła, wcale jej nie pomaga. Uważa się bowiem, że po terminacji temat jest skończony. Ona natomiast pozostaje z własnymi myślami i uczuciami – porażki, straty, załamania. Natomiast ginekolog nie ma już z nią kontaktu, więc może sobie uważać, że wybawił kobietę, gdy tym czasem skazał ją na inne, ale jednak dalsze cierpienia.
Są miejsca jak Warszawskie Hospicjum dla Dzieci http://www.hospicjum.waw.pl/ które pomagają rodzicom w ostatnich chwilach życia swoich dzieci. Tam rodzice otrzymują fachową pomoc i wsparcie. Doświadczają, że można się przygotować na odejście dziecka i przeżyć je możliwie jak najłagodniej. Nie muszą później zmagać się z wyrzutami sumienia, nieutulonymi uczuciami żalu i straty. Uczą się, że chorym dzieckiem można się cieszyć, czerpać z tych krótkich chwil i przyjąć moment śmierci swojego dziecka, zamiast samemu go wyznaczać. Potrafią po czasie nawet z radością i wdzięcznością mówić o czasie, który mogli, dane im było przeżyć, nawet z ciepiącym dzieckiem.
I jestem przekonana, że właśnie tego chciał profesor Chazan dla swojej pacjentki . Choć drobna uwaga, że nie on prowadził jej ciążę, a jedynie ją konsultował, więc czemu on ponosi odpowiedzialność a nie – jeśli już w ogóle – lekarz prowadzący? To kolejny absurd tej historii.
Tak, Chazan przed laty sam przeprowadzał aborcje. Nie będę go w tym względzie wybielać ani omijać tej kwestii. Ale to właśnie wielu "aborterów" po latach swych praktyk dochodzi do wniosku, jak nieludzka to instytucja. Podobnie pan profesor. To nie wiara, ale właśnie doświadczenia kazały mu zmienić stanowisko. Dla wielu to niewiarygodne, a dla mnie dokładnie przeciwnie. Miał okazję przekonać się, jakie fatalne skutki przynosi aborcja i miał odwagę zweryfikować swoje poglądy.
I na koniec moje zdziwienie. Tak bardzo broni się prawa matki do samostanowienia, do jej wyboru. Dlaczego zatem nie broni się prawa wyboru lekarza? Pomijając już kwestie moralne, brakuje tu równości. MUSI bo jest ginekologiem? I odwracanie zasady „po pierwsze nie szkodzić”! On właśnie chciał nie szkodzić nie tylko dziecku, ale także matce – tego przeciwnicy nie chcą uznać.
Inną nierównością wobec prawa jest też fakt mało znany. Otóż w 2012 roku poseł Wipler składał interpelację z zapytaniem o listę klinik, w których dokonywana jest aborcja zgodna z prawem. Ministerstwo Zdrowia odpowiedziało wówczas, że nie potrafi udzielić odpowiedzi, gdyż taki rejestr nie istnieje. Ale gdy takiej samej odpowiedzi udziela lekarz, jest on ścigany i karany za złą wolę – także przez samo ministerstwo.
Decyzja pani prezydent jest haniebna, gdyż pokazuje, że katolicy nie mają już prawa zajmować wyższych, decyzyjnych stanowisk, a przynajmniej że nie wolno im kierować się własnymi przekonaniami. Tak właśnie zrobiła Hanna Gronkiewicz Waltz. Uważa się bowiem za katolika, ale zupełnie zaprzecza temu w przestrzeni publicznej.

Mam nadzieję, że sprawiedliwości stanie się zadość i odwołanie od decyzji przyniesie oczekiwany skutek.