sobota, 12 lipca 2014

Przekonaj się, czy i Tobie nie szkodzi gluten.

Od pewnego czasu niemal prześladuje mnie temat zdrowego odżywiania. Pewnie przejmuję się bardziej, bo mam małe dzieci i bardzo bym chciała, żeby zdrowo się odżywiały, tym bardziej że ich nie szczepię i chciałabym właśnie stylem życia wzmocnić ich naturalną odporność. Nie mam czasu zająć się tematem systematycznie. Nie znalazłam do tej pory jednej książki, w której miałabym wszystko. No i spotykam mnogość teorii, często sprzecznych ze sobą na temat tego, co nam właściwie szkodzi oraz co i jak jeść . Do tego dochodzi jeszcze fakt, że wiele osób piszących o zdrowym odżywianiu posługuje się – jak dla mnie ezoteryczną - medycyną chińską. Dlatego sporo we mnie nieufności, co do tych teorii. 

Kolejną kwestią jest, że Staś skończył właśnie pół roku, więc czas na rozszerzanie diety. Chciałabym to dobrze wykorzystać i nie popełnić błędów, które przydarzyły mi się przy Marcie. Czytam więc sporo w tym temacie. Od jakiegoś czasu natrafiam więc na artykuły o glutenie, który to według pediatrów należy wprowadzać nie wcześniej niż w 5. i nie później niż w 6. miesiącu. No i klops. Bo jakoś nie miałam przekonania, że trzeba tak wcześnie. Z jednej strony coś mi podpowiadało, że to za wcześniej, z drugiej obawa, że jeśli będę zwlekać to wyrządzę dziecku krzywdę. Aż natrafiłam na zdanie, że kiedyś gluten wprowadzano później do diety dziecka, a teraz wprowadza się tak wcześnie, żeby robić to pod osłoną mleka matki – co ma łagodzić niepożądane skutki. Po prostu wiele mam po 6. miesiącu rezygnuje z karmienia piersią, więc przy wprowadzaniu glutenu później, dziecko nie miałoby tej osłony. Skoro więc ja mam zamiar karmić Stasia długo, mogę spokojnie poczekać.

Ale czy w ogóle muszę wprowadzać ten gluten? Po co on jest ? I co to w ogóle jest.

Naczytałam się, więc chcę się z Wami podzielić, czego się dowiedziałam.
Gluten to mieszanina białek roślinnych, gluteniny i gliadyny, znajdująca się w ziarnach popularnych zbóż, jak: pszenica, owies, jęczmień, żyto i orkisz. Ma on rzadko spotykane wśród innych białek właściwości fizykochemiczne i mechaniczne takie jak: elastyczność, sprężystość, lepkość i plastyczność.
W przemyśle piekarniczym największą zaletą glutenu jest jego kleistość i ciągliwość. Gluten pochłania bardzo dużo wody, dzięki czemu mąka, zawierająca gluten w połączeniu z wodą tworzy kleistą i ciągliwą masę. Dodatkowo gluten idealnie utrzymuje dwutlenek węgla, powstający podczas zachodzącej w cieście fermentacji drożdżowej, dzięki czemu ciasto po wypieczeniu jest pulchne i zachowuje dłużej świeżość. Gluten ułatwia przygotowanie wypieków i gwarantuje ich dobrą jakość, dlatego jest ceniony przede wszystkim przez piekarnie przemysłowe. 
Ponadto gluten wiąże tłuszcz z wodą, emulguje i stabilizuje oraz jest doskonałym nośnikiem dla aromatów i przypraw. Te właściwości powodują, że jest on nie tylko w produktach mącznych, ale również w:
- wędlinach, mielonym mięsie, paczkowanym mięsie oraz innych przetworach mięsnych
- przetworach rybnych
- produktach mlecznych, takich jak: jogurty, sery oraz śmietana (gdzie wcale nie powinien występować)
- słodyczach takich jak: czekolady, cukierki, lizaki
- lodach
- sosach, ketchupach oraz majonezach

- przyprawach

- koncentratach spożywczych
- napojach (tanie gatunki kawy rozpuszczalnej zawierają kawę zbożową)
- suszonych owocach (jako środek zapobiegający sklejaniu się owoców)

Czyli gluten może być/jest niemal we wszystkim! I na tym kończy się lista jego „zalet”, bo teraz najważniejsza informacja: gluten ma niewielkie wartości odżywcze, a właściwie jest nam do niczego niepotrzebny. Choć może, gdyby na tym lista działań glutenu się kończyła, to bym go tak nie potępiała. Niestety gluten jest po prostu szkodliwy. I wcale nie mam na myśli osób uczulonych (z tzw. nietolerancją glutenu) czy chorych na celiakię. On po prostu szkodzi wszystkim. 
Spożywanie glutenu może przyczyniać się do rozwoju około 50 różnych chorób, do których należą między innymi: osteoporoza, podrażnienia jelit, zapalenie jelit, anemia, nowotwory, przewlekłe stany zmęczenia, owrzodzenia, reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń, stwardnienie rozsiane i niemal wszystkie inne choroby autoimmunologiczne.
Gluten jest również związany z wieloma chorobami psychicznymi i problemami neurologicznymi, w tym schizofrenią, stanami lękowymi, depresją, demencją, epilepsją i neuropatią. Wykryto też związek między glutenem a autyzmem. 


Niestety objawy te mogą być błędnie przypisane wielu innym problemom zdrowotnym, co często prowadzi do mylnej diagnozy medycznej, jako choroby autoimmunologicznej zamiast szkodliwości glutenu. Jednak jeśli zauważasz u siebie poniższe objawy – wszystkie lub niektóre – warto się zastanowić, czy ich przyczyną nie jest gluten:
  1. Przeróżne problemy trawienne: częste wiatry, wzdęcia, mdłości, bóle brzucha, skurcze, zaparcia, biegunka (lub naprzemiennie), syndrom wrażliwego jelita 
  2. Problemy neurologiczne takie jak: zawroty głowy, nerwobóle, osłabienie, mrowienie lub drętwienie kończyn. 
  3. Bóle głowy lub migreny. 
  4. Bóle mięśni i tkanki łącznej. Problemy reumatyczne. 
  5. Kwestie emocjonalne, czyli dotyczące przewlekłej drażliwości i nagłych irracjonalnych zmian nastroju. Stany depresyjne i lękowe. 
  6. Zmęczenie, przewlekłe lub prawie po każdym posiłku. 
Ponieważ wiele rzeczy może powodować powyższe dolegliwości najlepszym sposobem jest zastosowanie diety bezglutenowej, aby się przekonać, czy coś się zmieni. Dobrze jest spisać sobie, z czym się zmagamy. Następnie trzymać dietę co najmniej 60 dni. Po tym czasie można zweryfikować, co z naszymi objawami. Jeśli ustąpiły – oznacza, że gluten nam szkodził. Jeśli nadal mamy wątpliwości, po wznowieniu zwykłej diety, zwróćmy uwagę, czy problemy nie powrócą ze wzmożoną siłą. To też potwierdzi wrażliwość na gluten.

No dobra, nadal nie wierzycie, że to wszystko przez ten gluten? Oto, co on nam robi:

1. Gluten uszkadza nasze jelita.
Gluten zawiera białko zwane zonulin, które może zmniejszyć szczelność między komórkami jelitowymi. Taka aktywność glutenu powoduje, że otwarte przestrzenie między komórkami, umożliwiają dotarcie do krwi większym cząsteczkom białkowym, co wywołuje odpowiedź immunologiczną. 
Może również spowodować wyciek treści jelitowej, w postaci szkodliwych bakterii, co może do tego stopnia zmęczyć wątrobę, że następuje kryzys toksyczności w organizmie. Stan ten, zwany zespołem nieszczelnego jelita odpowiada za około 50 % wszystkich przewlekłych ludzkich dolegliwości. Związany jest również z przewlekłym zapaleniem tkanek, co może prowadzić do problemów trawiennych, zmęczenia, zatrzymania płynów i nadmiernego podwyższenia stężenia kortyzolu.
2. Gluten uniemożliwia wchłanianie składników pokarmowych.
Gluten jest bogaty w kwas fitynowy, niestrawny związek, którego często nazywa się „anty-odżywczym”. Ponieważ wiąże się z istotnymi minerałami w naszym ciele, takimi jak magnez, wapń, żelazo i cynk, blokując ich wchłanianie przez organizm, czyli powodując ich bio -niedostępność. Ta właściwość powoduje, że jedząc gluten stajemy się poważnie niedożywieni.
3. Gluten powoduje oporność na insulinę.
Większość, jeżeli nie wszystkie środki spożywcze, zawierające gluten, przynoszą nam duże obciążenia glikemią. W konsekwencji, produkty z glutenem przeciążają nasze komórki, co może w końcu doprowadzić do oporności na insulinę, czyli stanu, w którym ciało nie może efektywnie wykorzystywać hormonu peptydowego.
Insulino oporność często poprzedza rozwój cukrzycy typu 2.
4. Gluten wywołuje opór leptyny
Leptyna jest hormonem, który reguluje odczucia głodu, oraz sytości i jest bezpośrednio związana z poziomem insuliny. Gdy poziomy leptyny są zakłócone, nasz mózg może wysyłać fałszywe komunikaty. W konsekwencji przejadamy się i tyjemy.

Nie znacie tego uczucia, że mimo zjedzenia dużej ilości pożywienia, nadal mamy ochotę na „coś”? Gluten z jednej strony zaburza łaknienie, z drugiej utrudnia wchłanianie składników mineralnych, co powoduje, że jemy więcej niż potrzeba i jesteśmy niedożywieni, mimo że często zmagamy się z tyciem. Błędne koło. Jedynym sposobem, by się z niego wyrwać jest dieta bezglutenowa. 
Zauważcie, że w innych dietach rezygnuje się z czegoś, co jest nam ogólnie potrzebne – węglowodany, białko, tłuszcze. I dlatego te diety są ze sobą sprzeczne i pomagając na jedno, szkodzą na drugie. Rezygnując z glutenu, rezygnujemy owszem z wielu przyjemności, ale z niczego, co byłoby nam niezbędne. Poza tym uważam, że dobra dieta to taka, która nie szkodzi dzieciom. Dieta bg może być z powodzeniem stosowana u dzieci. Nie tylko im nie szkodzi, ale i pomaga.

Osoby, które musiały – ze względów zdrowotnych – przejść na dietę bezglutenową i te, które dobrowolnie się na nią zdecydowały potwierdzają pozytywne zmiany:

  1. Poprawa kondycji psychicznej. Mniejsze zapotrzebowanie na sen, energia i brak uczucia chronicznego zmęczenia. Lepsza koncentracja, jasność umysłu i większa stabilność emocjonalna. 
  2. Mniejsze zapotrzebowanie na jedzenie – je się mniej – przez co można sobie pozwolić na droższe, zdrowsze zastępniki. 
  3. Brak problemów trawiennych. 
  4. Poprawa skóry, włosów i paznokci. 
  5. Trwała utrata zbędnych kilogramów. 
Ta wizja brzmi zachęcająco, choć znam osoby, które zmagają się z ciągłym uczuciem głodu. Wydaje mi się, że aby osiągnąć pozytywny efekt nie wystarczy tylko wyeliminowanie glutenu z diety, gdyż jest on chyba w 75% zwykłej żywności. Trzeba ją umiejętnie zastąpić, zdrową, dobrze zbilansowaną dietą. I w tym widzę swój największy problem. Nie ukrywam, że się tego boję – wysiłku i wydatków. Ale mając przed sobą taką wizję, chcę spróbować. Mocno motywuje i wspiera mnie w tym Mąż. Dlatego mam nadzieję, że wytrwamy. Pewnie najgorsze będą początki. Na razie zupełnie nie wiem, jak się za to wszystko zabrać, od czego zacząć. Dlatego chcę powoli wprowadzać zmiany, zwłaszcza, że jesteśmy na wakacjach. Jeśli czas pozwoli, będę pisać o naszej bezglutenowej przygodzie. Trzymajcie kciuki! A może ktoś dołączy do nas? :)








PS. Żeby nie było, że jestem taka mądra :) Korzystałam z artykułów i badań naukowych ze stron:
- www.pepsieliot.com 

czwartek, 10 lipca 2014

Próbując zrozumieć Matkę chorego dziecka.

Jestem tak zdruzgotana, że aż trudno zebrać mi myśli. Chciałabym coś więcej napisać, bo w krótkich komentarzach na facebooku nie da się wyczerpująco uzasadnić swojego zdania. Ale myśli tak mi krążą po głowie, że trudno będzie napisać coś bez chaosu.
Wydaje mi się jednak, że trzeba zacząć od początku. A początkiem było in vitro. Dla wielu ta kwestia nie jest w tym wypadku kluczowa. Czy to jednak prawda? Z jednej strony rzeczywiście nie, bo sposób poczęcia i tak nie wpływa na dalsze przekonania prolajferfów. Jednakże trzeba zauważyć, że to, co się dzieje po drugiej stronie, jest swoistą konsekwencją przyjętych założeń. Jeśli bowiem godzimy się na in vitro – inżynierię genetyczną, ingerencję daleko posuniętą, dochodzimy do takiej sytuacji. Zwolennicy in vitro nie chcą uznać, że dziecko w tej metodzie traktuje się jak produkt, jak rzecz. Ale właśnie sytuacja, gdy powstaje chore dziecko – któremu nawet po urodzeniu, wielu odmawia człowieczeństwa (sic!), obnaża prawdę o in vitro. Skoro bowiem powstaje produkt, który nam nie odpowiada, należy go usunąć. Ktoś powie, że podobnie dzieje się, gdy chore dziecko powstaje ze zwykłego poczęcia. Przykro mi to mówić, ale to świadczy w takim przypadku o egoizmie rodziców (choć nie tylko – ale o tym za chwilę – nie chcę wszystkich urazić). Każdemu bowiem grozi takie potraktowanie swojego dziecka – przedmiotowo. Jednakże w metodzie in vitro jest to kluczowe – tak bardzo bowiem uważa się, że „dziecko mi się należy”, że „chcę się poczuć ruchy dziecka”, że „chcę je sama urodzić”, że zapomina się, że dziecko nie jest meblem, który zamawiam u stolarza. Czy nie widzicie, że tu potrzeby, pragnienia rodziców (matki) są przedkładane nad dobro dziecka? Gdzie tu jest w tym dziecko? Jego godność? Staje się ono zachcianką, produktem, tak daleko posuniętym zamówieniem, że gdy nie spełnia wymagań, można się go pozbyć. (Na szczęście nie zawsze tak musi być).
Wbrew temu, co może się wydawać po moich powyższych słowach, jestem osobą bardzo empatyczną. Sama jestem matką i myślę, że umiem się wczuć w drugą matkę. Prolajferom zarzuca się, że nie myślą oni o matce tego chorego dziecka, że traktują ją jak inkubator itd. Ja o niej myślę. Wiele razy myślałam o matkach chorych dzieci. Znam osobiście takie mamy. Znam mamy, których dzieci umierały w czasie ciąży, dzieci, które umierały z powodu chorób po porodzie, kobiety, które zmagają się z niepłodnością lub które latami czekały na swoje dziecko. Sama też doświadczyłam niepewności, starań i zmagań o poczęcie pierwszego dziecka. Miałam przed sobą wizję niemożności posiadania własnych dzieci. Często też prześladowała mnie myśl, że urodzę chore dziecko. Naprawdę potrafię się wczuć. Bardzo przeżywałam śmierć dziecka mojej koleżanki. Urodziło się przedwcześnie. Bardzo kibicowałam, by przeżyło, ale tak się nie stało. Opłakiwałam je razem z jego mamą i nawet teraz lecą mi łzy, gdy to wspominam…  Wiem, jaki to dramat dla matki. Naprawdę nie muszę sama tego przeżyć, by wiedzieć, co to znaczy.
Dlatego szalenie współczuję matce tego dziecka, które dziś już odeszło. Domyślam się, jak wielkim cierpieniem jest niemożność posiadania własnego dziecka i rozumiem, że dlatego in vitro wydaje się być w tym momencie dosłownie wybawieniem. Dlaczego jednak nie mówi się o tym, że metoda ta niesie ze sobą OGROMNE ryzyko wad rozwojowych (nie tylko genetycznych, ale rozwojowych właśnie)?? W tej konkretnej sprawie też jest to skrzętnie ukrywane, spychane na boczny tor.
Tu można poczytać o badaniach na ten temat:
Procentowo więcej chorych dzieci powstaje z in vitro niż w czasie tradycyjnego poczęcia, ale możemy tego nie zauważyć, gdyż takie dzieci nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Kiedy więc dowiadujemy się w czasie ciąży, że nasze dziecko jest chore, możemy podjąć różne decyzje. O ile pierwsza reakcja jest niemal zawsze taka sama – szok i niedowierzanie, o tyle dalsze wybory są różne. Nie chcę przesądzać, bo nie mam danych (są one skrzętnie ukrywane – ciekawe czemu?), ale obawiam się, że może tak być, że dzieci z in vitro częściej są skazywane na śmierć przez swych rodziców, właśnie ze względu na podejście do dziecka przedmiotowo – produkt niezgodny z zamówieniem, więc reklamujemy. Brzmi okrutnie? Niewiarygodnie? Oczywiście jest to zawoalowane dramatem rodziców, ich cierpieniem. Ja nie odmawiam tym rodzicom tych uczuć! Oczywiście, że cierpią. Nie dość, że nie mogą począć dziecka normalnie, to jeszcze spotyka ich coś takiego. Jakie jednak jest podejście do tego chorego dziecka? Należy zakończyć jego życie. Niestety dzieje się tak zarówno w przypadku chorób śmiertelnych jak i wad, z którymi można żyć (ale „co to za życie”).
Ale skupmy się na biednej matce. Zastanawia mnie skąd pomysł, że decyzja o terminacji uchroni matkę przed cierpieniem. Są historie, które zaprzeczają takiemu podejściu. Nawet moja sześcioletnia córka powiedziała na temat tej konkretnej sprawy: „Czy mama tego dziecka nie może się nim cieszyć dopóki ono żyje?” W głowie jej się nie mieści, że można zabić (zdecydować o śmierci) własnego dziecka.  Mogę się tylko domyślać, jak ciężko było matce, gdy dowiedziała się, że jej upragnione dziecko jest chore i że i tak umrze wkrótce po porodzie. W dodatku będzie strasznie cierpieć. Wielu zarzuca profesorowi Chazanowi, że zabawił się w Boga, ale jak nazwać postawę, gdy decydujemy o terminacji? Czy nie to jest prawdziwą zabawą w Boga? Chcemy sami zadecydować o końcu życia danego istnienia. Podobnie jest z eutanazją. Argumentem jest tu cierpienie. Ale zastanówmy się, czy nasze odruchy są słuszne. Wyobraźmy sobie, że wypadkowi ulega nasz ukochany współmałżonek lub kilkuletnie czy nastoletnie dziecko. Przeraźliwie cierpią. My zaś stoimy w obliczu ich niechybnej, nieuniknionej śmierci. Czego wówczas pragniemy? Za przeproszeniem – dobicia konającego czy jednak spędzenia z nim tych ostatnich chwil? Nie chcę mówić za wszystkich, ale dla mnie naturalnym odruchem serca byłoby maksymalnie ulżyć w cierpieniu i wykorzystać ten pozostały czas na okazywanie miłości i czerpanie miłości – bycie razem, cieszenie się bliskością. Nie wyobrażam sobie, by sobie to odbierać, skracać ten czas. I myślę, że wiele matek ma takie podejście. W moim otoczeniu siostra bliskiego przyjaciela miała taką sytuację. Dla niej było oczywiste, by tak jak mówi moja córka: cieszyć się dzieckiem, póki jest z nami. Bardzo podobną historię można przeczytać tu: http://www.fronda.pl/a/maria-pikula-dla-frondapl-w-zadnym-momencie-ciazy-nie-czulam-sie-chodzaca-trumna-dla-mojego-dziecka,38656.html
Dlaczego więc rodzice/matki decydują się na aborcję? Myślę, że w pierwszej kolejności odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą lekarze. Znam bowiem niejedną historię, kiedy lekarz gdy tylko powstało ryzyko choroby dziecka, od razu sugerowali rozwiązanie w postaci aborcji. Okazuje się, że standardowym wyjściem z sytuacji jest „zabicie problemu w zarodku”. Lekarze może nie zdają sobie do końca sprawy z tego, jakimi są autorytetami dla kobiet w ciąży. Zwykle nie dyskutujemy z ginekologiem, gdy zleca nam jakieś badania i zapisuje leki. Ufamy. Wierzymy, że skoro mówi, iż to najlepsze rozwiązanie, to należy je wybrać. Nie mówię, że z łatwością. Nie twierdzę, że podjęcie takiej decyzji to pestka. Kobieta cierpi. Tylko fałszywie według mnie, przekonuje się ją, że terminacja oznacza koniec jej problemów. Pomijam już możliwość powikłań po aborcji, które uniemożliwiają poczęcie kolejnego dziecka, ale często zostaje w matce żal, trauma. Owszem śmierć dziecka po narodzinach jest także cholernie trudnym i traumatycznym doświadczeniem, ale wiele historii – jak choćby ta powyżej zalinkowana – potwierdza, że można to przeżyć w taki sposób, by nie mieć żalu do siebie. Skoro myślimy o matce, to uważam, że wywieranie na niej presji, by zabiła, wcale jej nie pomaga. Uważa się bowiem, że po terminacji temat jest skończony. Ona natomiast pozostaje z własnymi myślami i uczuciami – porażki, straty, załamania. Natomiast ginekolog nie ma już z nią kontaktu, więc może sobie uważać, że wybawił kobietę, gdy tym czasem skazał ją na inne, ale jednak dalsze cierpienia.
Są miejsca jak Warszawskie Hospicjum dla Dzieci http://www.hospicjum.waw.pl/ które pomagają rodzicom w ostatnich chwilach życia swoich dzieci. Tam rodzice otrzymują fachową pomoc i wsparcie. Doświadczają, że można się przygotować na odejście dziecka i przeżyć je możliwie jak najłagodniej. Nie muszą później zmagać się z wyrzutami sumienia, nieutulonymi uczuciami żalu i straty. Uczą się, że chorym dzieckiem można się cieszyć, czerpać z tych krótkich chwil i przyjąć moment śmierci swojego dziecka, zamiast samemu go wyznaczać. Potrafią po czasie nawet z radością i wdzięcznością mówić o czasie, który mogli, dane im było przeżyć, nawet z ciepiącym dzieckiem.
I jestem przekonana, że właśnie tego chciał profesor Chazan dla swojej pacjentki . Choć drobna uwaga, że nie on prowadził jej ciążę, a jedynie ją konsultował, więc czemu on ponosi odpowiedzialność a nie – jeśli już w ogóle – lekarz prowadzący? To kolejny absurd tej historii.
Tak, Chazan przed laty sam przeprowadzał aborcje. Nie będę go w tym względzie wybielać ani omijać tej kwestii. Ale to właśnie wielu "aborterów" po latach swych praktyk dochodzi do wniosku, jak nieludzka to instytucja. Podobnie pan profesor. To nie wiara, ale właśnie doświadczenia kazały mu zmienić stanowisko. Dla wielu to niewiarygodne, a dla mnie dokładnie przeciwnie. Miał okazję przekonać się, jakie fatalne skutki przynosi aborcja i miał odwagę zweryfikować swoje poglądy.
I na koniec moje zdziwienie. Tak bardzo broni się prawa matki do samostanowienia, do jej wyboru. Dlaczego zatem nie broni się prawa wyboru lekarza? Pomijając już kwestie moralne, brakuje tu równości. MUSI bo jest ginekologiem? I odwracanie zasady „po pierwsze nie szkodzić”! On właśnie chciał nie szkodzić nie tylko dziecku, ale także matce – tego przeciwnicy nie chcą uznać.
Inną nierównością wobec prawa jest też fakt mało znany. Otóż w 2012 roku poseł Wipler składał interpelację z zapytaniem o listę klinik, w których dokonywana jest aborcja zgodna z prawem. Ministerstwo Zdrowia odpowiedziało wówczas, że nie potrafi udzielić odpowiedzi, gdyż taki rejestr nie istnieje. Ale gdy takiej samej odpowiedzi udziela lekarz, jest on ścigany i karany za złą wolę – także przez samo ministerstwo.
Decyzja pani prezydent jest haniebna, gdyż pokazuje, że katolicy nie mają już prawa zajmować wyższych, decyzyjnych stanowisk, a przynajmniej że nie wolno im kierować się własnymi przekonaniami. Tak właśnie zrobiła Hanna Gronkiewicz Waltz. Uważa się bowiem za katolika, ale zupełnie zaprzecza temu w przestrzeni publicznej.

Mam nadzieję, że sprawiedliwości stanie się zadość i odwołanie od decyzji przyniesie oczekiwany skutek.


poniedziałek, 7 lipca 2014

Poniedziałek na klifie

Kiedyś myślałam, że tylko nasze góry mówią o tym, jak piękna jest Polska. Ojjj, kocham polskie góry. Moja młodość to góry. Chciałabym dzieci tą miłością zarazić. Marta bardzo chciała w tym roku, ale znów wyszło inaczej. Zawsze marzył mi się krajobraz góry i morze w jednym. Gdy więc powstał pomysł wyjazdu do Gdańska, wiedziałam, że będę chciała zabrać moją rodzinę na klif w Orłowie.

Gdynia Orłowo. Ehhh. Zawsze będzie mi się kojarzył z Gośką, Magdą i Anką. Szaloną Gośką z Gdańska, którą poznałam na rekolekcjach w liceum. Magdą z Włocławka, u której mieszkałam w czasie liceum. Anką z Alwerni, która była razem z nimi w grupie w czasie tych rekolekcji. One stworzyły niezły taem, łącząc symbolicznie całą Polskę - od gór przez centrum po morze. Nawet nie chcę liczyć, jak dawno to było, ale na pewno lata 90. Spędzałyśmy tydzień ferii ziomowych u Gośki. W czasach, gdy cała Polska miała ferie o tej samej porze i było możliwe, by dziewczyny z tak różnych stron mogły się spotkać. Niezapomniane chwile. Przegadane noce z Anką. Przepłakane nad naszą wspólną miłością. I klif. To było dla mnie odkrycie i olśnienie. Nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje w Polsce. Teraz już wiem, że zarówno zimą, jak i latem, jest tam niezwykle urokliwie. Chodzenie po urwisku w młodości było czymś oczywistym. Dziś, trzymając za rękę swój Skarb, nie miałam odwagi podchodzić zbyt blisko ;) Ale wcale nie trzeba, by zachwycać się widokiem. Wtedy szalone zeszłyśmy na plażę i łaziłyśmy pod samym klifem, gdzie nie ma już prawie plaży, gdzie morze podmywa ścianę klifu. Zimą. Zalane buty. Radość. A potem moje zapalenie oskrzeli, które ciągnęło się miesiącami i doprowadziło do uszkodzenia strun głosowych i mocno wpłynęło na moją karierę śpiewaczą ;) Wspomnienia. Klif je dziś obudził, ale dał i nowe. Dziś bowiem podziwiałam go w pełni lata, jako dojrzała kobieta a nie szalona nastolatka. 
Jak ten czas szybko mija.
Jaka ta Polska piękna.


niedziela, 6 lipca 2014

Odpoczywająca niedziela i MAMA

Dzień zapowiadał się wspaniale. Po niezwykle intensywnej sobocie postanowiliśmy sobie w niedzielę nigdzie nie gnać, nie zwiedzać, nie plażować, tylko odpoczywać. Jedyny wyjazd był na Mszę. Nie plażować? Wbrew temu, co się może wydawać, gdy się ma spory kawałek do plaży, to za każdym razem jest to wyprawa, a jeszcze z dwójką maluchów, z których mniejsze często płacze w samochodzie i trzeba się nieźle wysilać, by go zabawiać, robi się czasem naprawdę ciężko. Więc nie zawsze plażowanie to odpoczywanie ;)

Staś obudził mnie o 7 na karmienie, ale sam jeszcze zasnął. Ja najczęście wtedy też chodzę z nim spać, ale tym razem wygrałam z tą pokusą i postanowiłam wstać, bo wszyscy jeszcze spali, a ja mogłam mieć chwilę dla siebie. Jaki to był miły, cichy, spokojny poranek. Czułam, że dzięki temu byłam potem spokojniejsza przez cały dzień.

Mieliśmy sporo czasu, więc skorzystałam z zasobu gier właściciela naszego mieszkania. Już kilka dni wcześniej wypatrzyłam "kości - opowieści", ale do tej chwili nie było czasu zagrać. Co to za gra? To 9 kostek z różnymi obrazkami na każdej ścianie. Kulamy i z wylosowanych obrazków układamy opowiadanie. Wariantów może być wiele, co do układania historyjek, ale chodzi o to, by powiązać obrazki w jedno. Najważniejsze, że gra pobudza kreatywność i zmusza do myślenia :) Zastanawiałam się, czy nie będzie to zbyt trudne dla mojej Martusi. Okazało, że bardzo jej się spodobało. Na początku było widać, że ma trudności, wolała przekręcać kostki i raczej szukać obrazków do swojej historii niż wymyślać coś na podstawie tego co miała, ale pozwoliłam jej na to. Może był to potrzebny jej etap, aby się nieco oswoić z konwencją? W każdym razie szybko się wciągnęła, a potem jeszcze wciągnęła w grę tatę. Od razu dał się zauważyć wpływ taty i to, jakim jest dla niej wzorem, autorytetem i nie wiem, kim jeszcze ;) Gdy bowiem tata ułożył historię o smutnej rybce i jej tragicznym życiu, M ułożyła opowiadanie o rybce szczęśliwej, która się umiała cieszyć wszystkim. 
Bardzo mi się podobało, jak M umiała niesamowicie rozszerzyć znaczenie jakiegoś obrazka. Gdy ja widziałam po prostu pszczołę - ona mówiła o owadach. Gdy ja widziałam piramidę - ona mówiła o pustyni lub Egipcie (wie, że piramidy się na pustyni w Egipcie). 

Inną przyjemnością tego dnia było oglądanie "Piratów z Karaibów". No i Martusia pokochała Jacka Sparowa ;)

Niedziela to jednak przede wszystkim Msza. Wspaniale, że także w Gdańsku nie brakuje Tridentiny. Pięknie i majestatycznie sprawowana. Nasze dzieci akurat miały kryzys. Wciąż mnie zadziwia, że M nie potrafi wytrwać na Mszy (ja nie chcę jej na razie zmuszać), natomiast zawsze chce ze mną iść do Komunii i potrafi na nią czekać, klęcząc ze złożonymi rękami długo i tak pobożnie, że kolejny raz ksiądz chciał jej udzielić Komunii. Zwykle dostaje wtedy krzyżyk na czoło i żegna się (!!!), bije pokłony (!!!), chociaż ja tego nie robie po Komunii. Ale jak widać potrafi się skupić tylko w tym momencie. 

Ale ta niedziela stała się wyjątkowa przez Stasia. Nagle bowiem, gdy wszyscy jakoś polegiwaliśmy w łóżku, usłyszeliśmy, jak bardzo wyraźnie S powiedział "MAMA". Wszyscy aż otworzyliśmy szerzej oczy. Wiem, że to tylko gaworzenie, przypadek, ale zabrzmiało niezwykle :) Zwłaszcza, że M tak nie gaworzyła i dłuuugo musiałam czekać na upragnione "mama", gdy tata odmieniała już na 100 sposobów ;) Ale Staś jest moim synkiem i powiedział najpierw mama ;) Zresztą od pewnego czasu często powtarza "maa". Czasem mówi to żałośnie, czasem jakby o coś prosił, a czasem uderzając w moją pierś. Już się nawet zastanawiałam, czy to możliwe, by pół roczne dziecko robiło to świadomie. W każdym razie ten dzień będzie zapamiętany jako dzień, w którym Staś powiedział po raz pierwszy "MAMA".

This is the road to Hel

Hel, Hel, Hel! Może to i wstyd, ale dopiero pierwszy raz w życiu byłam na Półwyspie Helskim. Może i wstyd, ale takie życie, że w sumie na wybrzeże nie jeździłam w dzieciństwie, raptem kilka razy w tzw. młodości i dopiero po pojawieniu się Marty zaczęliśmy jeździć bardziej regularnie nad morze. Ale nawet Tomek, który dokładnie przeciwnie – całe dzieciństwo spędzał nad Bałtykiem, nigdy na Helu nie był. Jakoś równolegle w naszych głowach powstał ten sam pomysł – skoro jesteśmy w Gdańsku, nie możemy nie skorzystać z okazji, by pojechać na Hel. Dodatkową motywacją była chęć spotkania ze znajomą i jej córką – koleżanką Marty. No więc umówiliśmy się na spotkanie w Kuźnicy obok Jastarni i możliwe, że gdyby nie to umówione spotkanie, to byśmy zawrócili, gdyż okazało się, że w sobotę o 9 rano obwodnica Trójmiasta jest koszmarnie zakorkowana. Drogę, którą można było zrobić w godzinę, pokonaliśmy w  3!!! Na szczęście Stasiu spał 2 godziny – w przeciwnym razie obawiam się, że mógłby być niezły koszmar ;)
Kiedy wreszcie dotarliśmy do naszego upragnionego półwyspu czułam się niezwykle. Ale najbardziej niesamowite było widzieć morze z obu stron drogi. Nawet w pewnym momencie tak mnie to piękno wzruszyło, że się popłakałam. Była bajeczna pogoda, która jeszcze dodatkowo potęgowała efekt. Byłam zachwycona. Hel jest po prostu niesamowicie urokliwy. Niezwykłe są te tak wąskie miejsca, gdzie widać oba krańce.
O 12 udało się nam dotrzeć do Kuźnicy. Cóż za piękne miejsce. Uliczki tak maleńkie, że mimo nawigacji 2 razy przejechaliśmy ulicę, w którą mieliśmy skręcić :) Martusia zachwycona spotkaniem z Marysią – łowiły meduzy. Po raz pierwszy nad morzem M widziała takie ilości meduz i łowiła je. Razem nadawały im „ogniste” imiona, co mi się bardzo podobało. Były więc między innymi: Ogienek, Zapałka, Ognisty Bąbelek, Parzelek.
Ale nam marzyło się zobaczyć sam koniec Helu, więc popołudniu opuściliśmy miłą kompanię, by udać się dalej. Niestety nie da się dojechać samochodem na sam koniec, ale byliśmy w porcie. Podziwialiśmy widoki i postanowiliśmy, że następnym razem przypłyniemy tu statkiem. Widzieliśmy takowy odpływający właśnie do Gdyni. Nie mogliśmy także nie zajrzeć do fokarium. Natomiast na plaży Martusia wypatrzyła łabędzia.

Lekko umordowani wróciliśmy do domu o 22. Zmęczeni, ale pełni wrażeń. Hel na długo pozostanie w naszej pamięci i bardzo byśmy chcieli przyjechać tu kiedyś na dłużej.

czwartek, 3 lipca 2014

Wyprawa do Tesco

Pogoda nadal nie sprzyja plażowaniu. Martusia wytęskniona bardzo by już chciała się wykąpać. Obiecaliśmy jej, że nawet jeśli będzie zimno, to pojedziemy nad morze. Niestety od rana padało. Stwierdziliśmy, że w takim razie jedziemy na zakupy do Tesco, bo potrzebujemy sporo rzeczy. Wpisaliśmy się w nawigację Tesco w pobliżu nas. Cóż za zdziwienie, gdy pod podanym adresem Tesco jednak nie było. Nie wiem o co chodzi. Czyżby były dwie ulice Cieniste w Gdańsku? W każdym razie nie trafiliśmy na właściwą. Postanowiliśmy zatem szukać kolejnego Tesco.  Nawigacja zaczęła nas prowadzić przez jakieś małe uliczki. Nie mieliśmy zaufania do nawigacji, ale za to zyskaliśmy na widokach. Czuliśmy się trochę jak na jakiejś gdańskiej Pradze ;) Małe, brukowane uliczki. Wijące się to w dół, to w górę. Niesamowity urok. Dzieci biegające samopas. W końcu udało się dojechać do wymarzonego Tesco. Czemu się uparliśmy właśnie na nie? Liczyliśmy, że kupimy tam wszystko. Podjeżdżamy, a tu rozczarowanie. To Tesco okazało się jakąś miniaturką tego, co znamy jako Tesco. Ehhh. Nie udało się kupić wszystkiego, co planowaliśmy za to kupiliśmy pierwszy samochód Stasia. Tylko dlaczego to jest honda??? Tak się kończy, gdy samochód wybiera kobieta (zwłaszcza mała). Czym się bowiem kieruje? Wiadomo, kolorem.


PS. Kto oglądał film „Pracownik miesiąca” ten zrozumie moje skojarzenie z „gównianą hondą”.

Wakacje 2014

Rok temu o tej porze czekaliśmy na Stasia. Teraz cieszymy się nim po tej stronie brzucha. Spędzaliśmy wtedy wakacje pod namiotem i miałam wielką ochotę raportowania. Okazało się jednak, że jakiś życzliwy donosiciel miał niezły ból pewnej części ciała i chyba z zazdrości chciał mi zepsuć wakacje, informując moje szefostwo, że zwolnienie lekarskie spędzam nad morzem. O zgrozo! Jak ginekolog mógł zalecić odpoczynek i zmianę klimatu kobiecie w ciąży? W tym roku pragnę chyba wzbudzić jeszcze większy ból, bo pochwalę się, że CAŁY MIESIĄC spędzam w Gdańsku i to nie pod jakimś namiotem, w spartańskich warunkach, ale w prawdziwym apartamencie ;) Skąd Rowińskich nagle stać na takie wakacje??!! Ano poszczęściło się nam, nie ukrywam swej radości. Znajomy fejsbukowy podnajął nam swoje mieszkanko na czas swojego wyjazdu. A mieszkanko naprawdę śliczne! W nowym budownictwie. Salon z aneksem kuchennym, sypialnia, duża łazienka, przestronny hol oraz spory balkon. Do tego świetne sprzęty: wieża hifi, DVD z plazmą, ekspres do kawy, pralka, oczywiście lodówka i kuchenka. I tylko zmywarki brak ;) Mieszkanie urządzone estetycznie i przytulnie. Prawdziwy wypas, jak dla nas :)

Zatem może zrealizuję pomysł sprzed roku i będę opowiadać, co się da o naszych wakacjach. Właściwie bardziej dla siebie, żeby mieć pamiątkę :)

sobota, 12 stycznia 2013

Gry mojej Tusi

Nie mogłam się doczekać, kiedy będziemy mogli grać w gry z naszą córcią. Pierwszą prawdziwą grą (bo klocków i puzzli nie liczę) było memory i Piotruś Pan. O ile ten ostatni nie jest jakiś rozwijający, więc za nim nie przepadam, o tyle memory bardzo lubimy, a Tusia mnie zaskakuje swoją pamięcią.

Niezwykłe jest jednak dla mnie, że tak małe dziecko samo zaczyna wymyślać gry!
Otóż na używając elementów do memory wymyśliła dwie gry. Oczywiście nie ma w tym żadnych trudności, rywalizacji, ale są zasady :)


Pierwsza wersja:
Elementy do memory nazywane są przez M. memory :)
Na środku leży gwiazdka, na nim jeden memor i to jest przykryte koszyczkiem, na którym znów leży memor. A wokół jak widać, leżą inne memory.
Gra polega na tym, że każdy po kolei wykonuje następujące ruchy:
- memor na koszyczku jest zdejmowany obok
- koszyczek się podnosi
- kładzie się na memora z gwiazdką memora, którego położyliśmy z boku (czyli tego, który był na początku na górze)
- kładziemy koszyk z powrotem i wybieramy kolejnego memora, którego kładziemy na wierch
I tak w kółko, każdy po kolei.

Druga wersja:
Ułożenie elementów jest identyczne.
- modyfikacja polega na tym, że pierwsza osoba odkłada memora na bok i kładzie innego na górę, a kolejna osoba rozpoczyna od włożenia pod koszyk tego odłożonego memora i  znów odkłada z góry memora i wybiera swojego.

W pierwszym momencie, jak M. mi to tłumaczyła, to sama nie rozumiałam :)
Uważam, że to jakiś niesamowity etap w jej życiu, że tak wymyśla zasady gry.

środa, 18 maja 2011

O karach i konsekwencjach

Nie wysilam się na naukowy artykuł wyczerpujący temat, a raczej chcę się podzielić odczuciami po lekturze rozmowy o różnicach między karami a konsekwencjami na stronie dzikie dzieci http://dzikiedzieci.pl/index.php?strona=373
Skojarzyło mi się to z pewną rozmową prowadzoną kiedyś na chustoforum, o tym, że jak dziecko nie słucha ostrzeżeń typu "nie wchodź tam, bo spadniesz", to gdy spadnie, nie pociesza się go. Nie mogłam się z tym zgodzić i nadal nie zgadzam. Zawzięcie próbowałam wyjaśnić, że dla dziecka wystarczającą konsekwencją (karą) jest ból (a także swoista porażka, że mama miała jednak rację) i nie trzeba mu dodatkowo dokopywać pozostawiając bez pocieszenia. Utwierdziło mnie w tym przeczytane w ww. artykule zdanie:
Konsekwencje uczą też uczciwości ponieważ w przeciwieństwie do kary, konsekwencje nie zależą od tego czy się wyda a jeszcze rodzic może pomóc w kłopocie.

Nie wyobrażam sobie, żeby nie pocieszyć Martusi, jak spadnie z krzesła, czy jakiegoś przyrządu na placu zabaw! Jeśli ją informuję, czym grozi dane zachowanie, ufam, że rozumie, a przynajmniej liczy się z konsekwencjami i podejmuje ryzyko na własną odpowiedzialność. Tak uczy się najlepiej! Przecież wcale nie musi spaść! Wcale nie musi się potłuc! Ale gdy tak się dzieje, nie wyobrażam sobie nie pocieszyć, nie przytulić! A tak uważają niektóre mamy, że dziecko, które nabroiło nie zasługuje na wsparcie, bo jeszcze zrozumie to jako nagrodę za złe zachowanie. Ale to chyba zdradza ogromną nieufność względem swoich dzieci albo/i przeświadczenie, że są one głupie albo/i z gruntu złe. A przecież, gdy my zrobimy coś źle i ponosimy tego przykre konsekwencje oczekujemy, że ludzie co najmniej nas nie skrytykują (nie dokopią "a nie mówiłem?"), a często pragniemy i potrzebujemy pomocy.
Tak więc gdy dziecko coś wyleje bez sensu jest dawać mu za to klapsa. Raczej trzeba dać mu ścierkę i pomóc (jeśli trzeba) w poniesieniu konsekwencji. W ten sposób się nauczy, że trzeba uważać, a jeśli się zdarzy wypadek, trzeba po prostu posprzątać. Natomiast klaps owszem pokazuje, że dziecko źle zrobiło, ale daje złą motywację - nie rozlewaj, bo będzie bolało (klaps). A przecież chcemy chyba dzieci uczyć sprzątania po sobie :) A tak, paradoksalnie, przez lęk przed bolesną karą, dziecko może zamiast unikać "złego" zachowania, po prostu je ukrywać.

Niby się zgadzam z autorkami, a jednak bardzo mi trudno wyobrazić sobie życie bez stosowania kar. Na szczęście nie mam jeszcze zbyt wielu powodów do ich stosowania :) Ale tu chodzi o całą naszą mentalność "narozrabiał = musi ponieść karę". Widzę, że tkwię w tym po uszy!
Pomocne jednak może być założenie oparte na zaufaniu do dziecka, że chce ono dobrze, że pragnie być takie jak my, że zależy mu na nas, naszej opinii i naszej miłości.
Wtedy najważniejszy okazuje się własny przykład; krzycząc uczymy krzyczeć, bijąc, uczymy bić, wspierając, uczymy wspierać, kochając, uczymy kochać.

Tylko czemu to takie trudne??

środa, 11 maja 2011

Z cyklu zabawne dialogii i sytuacje

Wczoraj bawiłyśmy się z Tusią przed blokiem, na trawce. Zbierała sobie gałązki, kamyki i liście. W pewnym momencie podeszła do ogrodzenia i chciała przerzucić liść na drugą stronę. Oczywiście niespełna metrowy człowieczek nie może dosięgnąć ponad ogrodzenie mojego wzrostu. Obserwuję więc, jak Młoda podskakuje i stęka z wysiłku. Proponuję zatem, że ja mogę jej przerzucić ten liść. Podchodę, przekładam przez ogrodzenie rękę z liściem, a Marta wtedy z ogromnym zdziwieniem i radością pyta: "Ty sięgasz??"

Dzieci to jednak zabawne są :)

czwartek, 17 lutego 2011

Teraz na Mszy się modlę

Moje świadectwo ukazało się na stronie pisma Christianitas

Wszystko to we mnie jest jeszcze niezwerbalizowane, a bardziej intuicyjne.

Zaczynam rozumieć, że w czasie Mszy Świętej można odmawiać różaniec. Ba, że nawet można adorować wystawiony Najświętszy Sakrament…

Cała moja tzw. edukacja sakramentalna nabyta w szkole, oazie i po prostu Kościele posoborowym zaczyna mocno trzeszczeć w szwach. Od dzieciństwa słyszałam, że tak ważne jest aktywne uczestnictwo we Mszy, a od pewnego czasu drażni mnie to sformułowanie. Dlatego, że całe życie czynię wysiłek, aby aktywnie uczestniczyć we Mszy, ale wciąż napotykam na przeszkody – głównie rozproszenia oraz wewnętrzne niezrozumienie, w jaki sposób naprawdę uczestniczyć. O co tu w końcu chodzi? O odpowiadanie księdzu? O śpiewanie? O śledzenie akcji liturgicznej? O świadomość? Tylko świadomość czego? Tego, co się dzieje, czy tego, co tu się realnie dzieje -wydarza? Nawet jeśli o to by chodziło, to czemu tak zwana nowa Msza została wprowadzona pod hasłem, że tego nie było/nie mogło być w starej?

Mam wielki kult Najświętszego Sakramentu i zawsze wydawało mi się, że kocham Eucharystię. Uważałam też za wielkie osiągnięcie Soboru (sic!) NOM. Nie znając zupełnie starej Mszy mówiłam, że kocham NOM :) Nawet będąc już przekonaną co do słuszności zachowania starej Mszy – głównie chodziło mi o argument zerwania z Tradycją przez nową liturgię – oraz wręcz o niesłuszności powstania NOM’u, “nie czułam potrzeby” chodzenia na starą mszę.
Sytuacja się zmieniła, gdy dość blisko nas zaczęto odprawiać starą Mszę. Głównie za namową męża zaczęliśmy tam jeździć. Na początku próbowałam “uczestniczyć” w tej Mszy, jak w NOM’ie. Szybko jednak przekonałam się, że ja tak nie mogę. Kolega doradzał nam, byśmy nie używali mszalików w czasie Mszy. To się okazało dla mnie kluczem.

Teraz na Mszy ja po prostu jestem z Panem Bogiem, wreszcie się modlę, bo przez lata liturgia eucharystyczna za nic nie chciała być dla mnie modlitwą, mimo czynionych wysiłków. Tu zupełnie bez wysiłku modlę się, trwam z Bogiem. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że ludzie kiedyś odmawiali różaniec, czy adorowali, bo Msza jest adoracją, jest najwspanialszą modlitwą, najgłębszym spotkaniem z Bogiem, gdzie Bóg przychodzi na naszych oczach i możemy Go przyjmować do serc, w dodatku namacalnie.

Mam jednak przeświadczenie, że takie przeżywanie umożliwiła mi dopiero stara Msza. Nie wiem, jak jest lepiej, nie chcę też nikogo pouczać, ani czynić żadnych norm! Mówię tylko o własnym doświadczeniu. Nowej Mszy nie potrafię tak przeżywać. Z czego to wynika? Na pewno po pierwsze z powodu ciszy, której praktycznie nie ma w NOMie, a która na starej Mszy po prostu stwarza dla mnie przestrzeń modlitwy. Po drugie z postawy. Starą Mszę można niemal całą przeklęczeć, a nikt mnie nie przekona, że postawa ciała nie ma żadnego znaczenia (to zresztą temat na odrębny wpis, bo jest to „moim” odkryciem, choć wcześniejszym jeszcze). To jest właśnie ta adoracja. Skoro klęczę, to znaczy, że tu coś istotnego się dzieje. Po trzecie, bo ksiądz się modli. W NOMie też powinien, niemniej mam nieodparte wrażenie, że często musi występować. I nie jest to zarzut do żadnego księdza! To prostu wynika z rytu. „Styl” formy to wymusza i wychodzi to, co wychodzi. Mnie to zmusza do śledzenia księdza, a nie akcji liturgicznej, tudzież po prostu nieśledzenia niczego. W starej Mszy wcale nie muszę wiedzieć, w jakim momencie jest ksiądz. I tak niczego nie dołożę do konsekracji, którą tylko on może sprawować. NOM tak bardzo chce nas we wszystko włączyć, że aż tworzy złudzenie, że my współkonsekrujemy z księdzem, że nasza rola (jako wiernych) jest ogromna. Boimy się pokory. Z tego rodzą się przegięcia, gdy świeccy wyciągają ręce do konsekracji, mówią tekst konsekracji, czy też niektórzy podnoszą Hostię wraz z księdzem. Na starej Mszy tak bardzo cieszę się z mojego miejsca w ostatniej ławce, z możliwości klęczenia, milczenia, bycia z Jezusem. Nagle nawet mój rozbrykany dwulatek nie przeszkadza mi w skupieniu! Z prostotą, bez wydumania przyjmujemy postawę wdzięczności wobec Zbawiciela, który nam siebie ofiarowuje. Nie ma potrzeby tak zwanego “czegoś więcej”, bo przecież nie da się realnie niczego więcej dodać do Najświętszej Ofiary! Ona jest najwspanialsza, a my mamy uprzywilejowane miejsce, że możemy ją adorować i przyjmować ją w Komunii. I celowo unikam tu słowa, że możemy w niej uczestniczyć. Choć nikt w starej Mszy nie zakazuje nam tego! Jednak ja odnajdując swoje miejsce we Mszy, zaczęłam być; być przy Bogu. Moim zdaniem NOM kładąc zbyt duży nacisk na uczestniczenie, zapomina, co jest celem i nagle uczestniczenie staje się celem samym w sobie. A wtedy okazuje się, że to nie wystarcza. I to prawda, bo celem jest bycie z Bogiem. Na tym przecież będzie polegała wieczność. Tego odkrycia, przez doświadczenie, życzę każdemu.

środa, 9 lutego 2011

Jeszcze trochę o mowie Martusi

Bardzo ciekawym jest dla mnie proces mówienia dzieci.
Zauważyłam, że bardzo często Tusia zmnienia słowa na zasadzie, że zgadzają się samogłoski, natomiast spółgłoski się powtarzają. Przyczym spógłoski nie muszą być z pierwszej sylaby, co jest dodatkowo zaskakujące i zabawne:

- pokoik - kokoik
- Bogiem - gogiem
- Jaguś - gaguś
- smoczek - czoczek
- kawa - fłafa (ze zmiękczenia wa-fa)
- dziura - lula (ze zmiękczenia ru-lu)
- widzisz - dzidziś
- druga - guga
- widzisz - dzidzisz

Ale są i wyrazy, gdzie zmienia samogłoski lub przestawia spółgłoski:
- amen - aman
- Mikołaj - kojał

I nie wynika to z niezdolności wymówienia pozostałych spółgłosek (bo je zna i mówi w inncy wyrazach), ale (chyba) z tendencji dążenia do uproszczenia języka. Dorośli też przecież upraszczają, skracają wyrazy. Tyle, że (zwykle) robimy to w przyjęty ogólnie sposób i się wcale nad tym nie zastanawiamy:
- dziękuję - dzięki
- spokojnie -spoko, spoks
- zaraz - zara
- dobrze - dobra
- wszystko - wsio

Zwróciłam na to kiedyś uwagę, gdy okazało się, że mój mąż nie wiedział, co to znaczy "dzia", a w moich rodzinnych stronach tak sie właśnie skracało dziękuję :)

To pewnie dlatego pierwszymi słowami, których uczą się nasze pociechy są dwusylabowce: mama, tata, papa, baba, dziadzia, dzidzi.
U nas to były także (a niektóre nadal są):

- pępęk - pepe
- zima - huhu (od piosenki "Hu hu a, nasza zima zła :)
- ku ku
- ko ko
- kwa kwa - fafa

Ale Tusia lubi także zmieniając wyraz, powtarzać sylaby:
- jeszcze - ciecie (ze zmiękczenia cze-cie)
- do kosza - ko kosia
- do domu - do do domu (zupełnie nie wiem, czemu tak podwaja to "do", ale ponoć to dość typowe, że dzieci tak mówią ten zwrot)

Jest jeszcze cała masa wyrazów, które powstają przez ucięcie częsci wyrazu, czy zmiękczenie:
- proszę - osie
- dziękuję - kuje (choć ostatnio zaczyna mówić - dzikuje)
- przepraszam - pepasiam
- wody - ody

A jeszcze jedna obserwacja - gdy Tuśka nie potrafi (a czasem nie chce) powiedzieć jakiegoś wyrazu, mówi ostatnią sylabę. I jest to bardzo zabawne, gdyż wiele wyrazów kończy się na "ka" (zwłaszcza jak się zdrabnia dla dzieci). Co lepsze, Tusia jeśli trzeba, tę końcówkę odmienia:
- daj ke - najczęsciej oznacza - daj słomkę


Do tego mogę dodać słowa, które Tusia tworzy po swojemu i raczej bez ogólnej zasady:
- spinka - pim
- chleb - pleb

Bardzo mnie fascynuje ten etap rozwoju mojej córci. Niesamowite jest być mamą!

środa, 2 lutego 2011

Wspomnienia z naszego cudownego ocalenia

Niedawno minęło dwa lata od naszego wypadku samochodowego. Zima to czas, kiedy dużo myślę o tamtym wydarzeniu.

Byliśmy w drodze z Warszawy do Kielc. Na pokładzie nasza czteromiesięczna córa, Tomek obok niej, zabawiający niezbyt lubiącą podróże Martusię, ja za kółkiem. Długo planowaliśmy wyjazd do przyjaciół. Mieliśmy pierwotnie jechać na Sylwestra, nie wyszło. Wreszcie zdecydowaliśmy się jechać 2 stycznia, bo był piątek i chcieliśmy wspólnie przeżyć wieczorem Szabat. Od kilku dni była dobra pogoda, ale właśnie gdy postanowiliśmy jechać, zaczął padać śnieg. Nie zraziliśmy się. Jadąc jak zwykle modliliśmy się, także o bezpieczne dotarcie na miejsce, powierzaliśmy się Opatrzności Bożej, przez Maryję i naszych Aniołów.
Podróż mijała nam dobrze, mimo złej pogody. Gdy byliśmy już blisko Kielc, nagle jakiś samochód jadący z naprzeciwka zaczął wyprzedzać kolumnę samochodów, jadąc prosto na nas. Pomyślałam: co za wariat spieszy się w taką pogodę? Postanowiłam jednak, że mu ustąpię i zjadę (droga była jednopasmowa, ale miała też takie małe pasy po bokach). Niestety w tym miejscu było trochę śniegu, co spowodowało, że wpadliśmy w poślizg, dwa razy dachowaliśmy. Pomyślałam tylko: "to tak umrę?" i dodałam "Jezu!" a w domyśle "ratuj nas!", po czym napełnił mnie pokój, że nic nam się nie stanie. Wszystko trwało ułamki sekund! Gdy opadliśmy na ziemie, doszło do mnie, że pękły szyby, uwiadomiło mi to, że wypadek jest poważny. Momentalnie poczułam przeszywający chłód i usłyszałam płacz Martusi oraz głos Tomka: "O Boże, Tusia ma szkło w buzi!" Wypiełam się z pasów i nie patrząc, czy jestem cała, rzuciłam się do córeczki, przekonana, że szkło wbiło jej się w twarz. Okazało się jednak, że tylko mały kawałek upadł Tusi na usta - delikatnie go zdjęłam. Zaczęli się schodzić ludzie z samochodów, które się zatrzymały. Ktoś od razu zaproponował, że weźmie Małą do samochodu, żeby nie zmarzła. Kierowca samochodu, który nas nieomal zabił, uciekł. Zadzwoniłam do Roberta, do którego jechaliśmy. Przyjechał po nas i zabrał do Kielc. W między czasie przyjechało pogotowie zobaczyć Tusię oraz policja. W końcu dotarliśmy na Szabat. Był niezwykły! Pełen ciszy, zadumania, głębokiej modlitwy. Marlena, żona Roberta powiedziała, że to niesamowite, że z takiego wypadku wyszliśmy bez najdrobniejszego zadrapania, że byliśmy niesieni przez Boga. Tak, tak właśnie się czułam. Doświadczyłam, że diabeł walczył z naszym Aniołem. Zły doprowadził do wypadku, ale nasz Anioł nie pozwolił, by nam choćby włos z głowy spadł! Nasza modlitwa została wysłuchana - bezpiecznie dotarliśmy do celu, choć nie bez przygód. Zachowaliśmy niezwykły spokój ducha, nie opanowała nas ani rozpacz, ani panika. "Choćbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie uleknę, bo Ty jesteś ze mną".

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Okropni sąsiedzi czy Anioł Stróż?

W sobotę rano, jako że Tusia wstała w niezbyt dobrym humorze, szybko się na coś zdenerwowała i zaczęła nam płakać. Trzymając ją na rękach usłyszałam pukanie do drzwi. Tomek otworzył. Weszła sąsiadka mieszkająca nad nami. Dziewczyna trochę od nas młodsza. I mówi nam, że Martusia tak strasznie płacze i często, że sąsiedzi się zmawiali, żeby podać nas do opieki społecznej.
Zdębiałam.
- Że niby ją leję? - zapytałam. - Przecież nie mogę jej ulegać, tylko po to, żeby nie płakała. Niech sobie podają nas na opiekę. Przecież dziecku krzywda się nie dzieje.
Nie chciała nam powiedzieć, kto konkretnie to mówił. Poszła.

Potem zaczęliśmy się zastanawiać. Zawsze nam się wydawało, że mieszkamy w takim fajnym bloku!!! Bardzo się lubimy z wszystkimi, a tu taki nóż w plecy. Pomyśleliśmy o tej strasznej ustawie, że media robią ludziom wodę z mózgu, że każdy płacz interpretują chyba jako katowanie dziecka. A nam się wydaje, że żyjemy z ludźmi na tyle dobrze, że powinni do nas przyjść najpierw, porozmawiać, zobaczyć, a może zapytać, czy nie potrzebujemy pomocy. I te myśli prześladowcze: kto to? kto to?

No bo czy chodzi o to, by dziecko nie płakało? Więc co, mam nie chodzić do pracy, bo ona nie chce rano wstać (=płacze)? Mam nie spać po nocach, bo ona nie chce iść spać? Mam pozwolić, by wypadły jej zęby, bo nie chce ich umyć? Ma biegać nago lub cały dzien w piżamie, bo nie chce się ubrać? Mam zostawić ją w domu, bo ona nie chce założyć butów? Staram się unikać płaczów, często wykazuję się kreatywnością, ale nie zawsze się udaje. Czasem ulegam, bo nie chcę, żeby płakała, ale to tylko utwierdza Małą w przekonaniu, że im głośniej będzie płakać, tym większe szanse, że mama ulegnie.

Potem zaczęłam zastanawiać się sama. A może to nie chodzi tylko o płacz Martusi? Przecież nie ma co ukrywać, że się kłócimy, a ja mam badzo donośny głos (zresztą Marta po kimś ma ten swój :) Może Agata nam nie powiedziała, że chodzi też o to (bo się wstydziła, albo nie chciała być niemiła)?

Zaczęłam myśleć, że to może ostrzeżenie - panuj bardziej nad sobą! I staram się wziąć to do serca!
Może to był troskliwy Anioł Stróż?

czwartek, 27 stycznia 2011

Wtórny analfabetyzm pisany

Kiedyś bardzo lubiłam pisać. Pisałam tzw. wypracowania, pisałam listy, pisałam pamiętnik. Ale z czasem moja "twórczość" malała. Ostatnim większym dziełem jest moja praca magisterska. Z pragnienia pisania powstał też ten blog. Jednak okazało się, że brak mi czasu, zwłaszcza gdy pojawiła się Martusia.
Ostatnio zostałam poproszona o napisanie dwóch świadectw. Serce mi zapałało, ale w głowie pustka. Są uczucia, przeżycia, doświadczenia, których nie umiem przelać na papier. Uświadomiłam sobie, że stać mnie już tylko na komentarze na facebooku i że jak nieczytającym grozi wtórny analfabetyzm, tak mnie dopadł w pisaniu. Zapomniałam zupełnie, jak się pisze. Stąd ten wysiłek, by sobie przypomnieć, jak to się robi, żeby może znów zacząć pisać. Tym bardziej, że widzę, że tyle rzeczy i spraw mi umyka.
Np. to, że moja córcia zaczęła wreszcie i to dość nagle mówić. Długo się rozkręcała, mówiła mało, choć z każdym dniem coraz więcej, aż nagle po prostu zaczęła gadać! A ja jestem tym zachwycona. Niesamowicie to przeżywam. Obserwuję coś, o czym nie miałam pojęcia. Moje dziecko posługuje się bowiem jakąś logiką.
Odmienia wszystkie czasowniki w ten sam sposób:
-wiem, jem, czekam, biegam, skaczem, chcem, lecem itd.
Podobnie, gdy tworzy liczbę mnogą:
- oko - oki; ręka - ręki
A jeszcze lepiej, gdy tworzy dopełniacz
- mamusi, babusi, tatusi, dziadziusi.

Wszystko to jest zarazem urocze, jak i zjawiskowe, bo świadczy o jakiś procesach, które zachodzą w dziecku, a o których pojęcia nie miałam.

Dlatego warto te obserwacje zapisywać. Co sobie właśnie postanawiam :)

poniedziałek, 27 września 2010

Palikot zakłada własną partię - same zalety dla PO

Oto moja osobista teoria (może być nazwana spiskową).

Palikot zakłada własną partię za zgodą (namową?) Tuska, po to, aby nie psuć PRu PO, ale swoją robotę nadal odwalać, dezawuować PiS. PO zyska na wizerunku, bo wielu ludzi nie podobał się Palikot w szeregach PO, a Palikot na pewno jakoś zostanie przez Tuska wynagrodzony (może koalicja?) i tym sposobem nie ma obaw o odpływający do Palikota elektorat. I wszyscy są szczęliwi i zadowoleni.

A dla mnie Palikot coraz bardziej upodabnia się do Kaczyńskiego. Choć już sama nie wiem, który do którego. Obaj uprawiają politykę emocji. I zamiast zwolenników mają wyznawców, co jest groźnym zjawiskiem, bo wyznawca, choć widzi błędy lidera, wierzy w jego "osteteczne" dobre inetencje, co nie pozwala mu na trzeźwą ocenę.

sobota, 17 lipca 2010

Po Euro Pride - żenującej paradzie seksu

Z czego dumni są homoseksualiści? Czym się chwalą? Co pokazują? Co reprezentują? Co widać na takiej paradzie?

Jestem albo ślepa, albo (zapewne) uprzedzona, ale ja widzę tylko tyle, że najważniejszy w życiu jest sex.

Jak można swoje życie układać, wartościować przez pryzmat seksu?

Dla mnie to parada wyłuzdania :(

Przykre, że:

- homoseksualiści wybierają na swoje hasło słowa Jana Pawła II "Nie lękajcie się" i udają, że nie ma w tym prowokacji

- po paradzie miasto jest kompletnie zaśmiecone

- homoseksualiści uważają, że są dyskryminowani, a pan Krystian Legierski mówi na antenie TV do pana Tomasza Terlikowskiego wprost:
"Za Pana poglądy powinien Pan może nie siedzieć w więzieniu, ale zapłacić grzywnę"

(i to ma być ta ich "wolność, równość, tolerancja"?)

- homoseksualiści wśród swoich znaczków mają czelność używać znaku Polski Walczącej

- Kościół nie dość mocno wyraził swój sprzeciw (jakże brak mi głosu arbpa Nycza!)

- trzeba tolerować wszystko, ale nie wolno tolerować moralności, tradycji, natury

- zarzuca się nam na każdym kroku "mowę nienawiści" - nie widzi się natomiast nienawiści, wyśmiewania, prowokacji wobec wartości, które mimo wszystko są uznawane przez większość polskiego społeczeństwa.



Jeśli dla kogoś najważniejsze jest w życiu jedzenie a dla kogoś innego sex, to ja mogę mu tylko współczuć, ale szanuję go, przyjmuję - natomiast nie toleruję, by swoje zachowanie narzucał innym i wmawiał, że jest to równie normalne, jak np. uważać, że najważniejsza w życiu jest rodzina.



IMHO postulaty typu legalizacja związków partnerskich i adopcja dzieci są tylko przykrywką.

wtorek, 6 lipca 2010

Rząd nic nie robi dla powodzian!

Tak się złożyło, że dotarła do mnie prośba o pomoc dla powodzian z Sandomierza. Co mogłam, to dałam.

Dziewczyna, która organizowała transport przesłała mi potem relację - jest dla mnie wstrząsająca - dlatego ją tutaj zamieszczam.

Moi Drodzy,

w ostatni piątek pojechaliśmy do Sandomierza, by przekazać ofiarom powodzi to, co udało nam się zebrać.Troszkę się tego uzbierało. Były ubrania, środki czystości, pościel, naczynia, zabawki dla dzieci, 4 łóżka, zamrażarka, dwa telewizory.

Do Sandomierza przyjechaliśmy wieczorem. Wszystkie rzeczy złożyliśmy w garażu u jednej z rodzin, po tej szczęśliwej, lewobrzeżnej części Sandomierza, która nie została dotknięta powodzią. Po tej stronie życie toczy się normalnie.

Gdy przyjechaliśmy, w domu był tylko gospodarz - pan Robert. Jego żona była u koleżanki, ofiary powodzi. Razem ze znajomymi czyścili ściany. Pracowali twardo przez wiele godzin. Zrobili sobie tylko półgodzinną przerwę (jak opowiada pani Ania po powrocie). I ciągle jest masa pracy, której końca nie widać. Jej koleżanka straciła wszystko. Teraz ratuje dom. Mieszkańcy terenów popowodziowych sami nie dadzą sobie rady. Każda para rąk do pomocy jest potrzebna. Dlatego też, po pracy, niektórzy mieszkańcy lewobrzeżnego Sandomierza idą i pomagają ratować domy i porządkować zniszczone tereny.

Gdy na terenach zalanych stała woda, media mówiły o tym na okrągło. Mówili o dramacie ludzkim. A teraz? Teraz jest cisza. Jest czas wyborów, życie toczy się dalej. Gdyby ciągle o tym mówili, to spadłaby oglądalność. A to teraz potrzeba pokazywać tamte tereny, pokazać jak wygląda życie tych ludzi, mówić o tym, że ofiary powodzi potrzebują pomocy. Niestety, niejednokrotnie nie mogą oni liczyć na obietnice rządu, czy władz miejscowych.

Przekonałam się o tym w sobotę rano, gdy wybraliśmy się na prawobrzeżną część Sandomierza oraz do wsi Sokolniki i Trześń. Po przekroczeniu Wisły w naszych oczach stanęły łzy. To co zobaczyliśmy to był dla nas szok. Wzdłuż ulic leżały sterty ludzkiego dobytku, który umazany był ciemnoszarym szlamem. Były to zniszczone meble, ubrania, telewizory, sprzęt AGD, wyposażenia mieszkań itp.
Na drzewach, ogrodzeniach, balkonach - wisiały śmieci, które zostały tam przyniesione przez wodę. W niektórych okolicach czuć okropny odór.
Na podwórkach widać pracujących ludzi. Aż dziw, że ci ludzie dają radę tam funkcjonować. Musieli się przyzwyczaić do tego smrodu.
Czułam się jakbym wjechała do innego świata. Widać umarłą roślinność, króluje szarość, wszędzie szlam. Jak to możliwe, że obok siebie istnieją dwa, tak różne światy, które dzieli Wisła.

Jadąc samochodem mijamy babcię z taczką. Serce się kraje. Ta kobieta przeszła już wiele w swoim życiu, powinna wypoczywać, a musi tak ciężko harować. I takich starszych ludzi spotyka się wielu. Tu wszyscy są sobie równi. Nieważne...stary czy młody, bogaty czy biedny. Woda zniszczyła wszystko. Nie oszczędziła nikogo.

Czy jednak wszyscy są równi. Po rozmowach z ludźmi i po przeczytaniu wypowiedzi ofiar, można się przekonać, że teraz liczą są znajomości. Osoby, które znają odpowiednich ludzi, szybciej dostają dary.
Taki mały, ale według mnie, bardzo ważny przykład. Każda rodzina powinna dostać środki grzybobójcze, miało starczyć dla wszystkich. Rozmawiałam z rodziną, która ich nie otrzymała. Właściciele domu poszli do sanepidu, ale tam już nic nie było. A miało wystarczyć dla wszystkich... I tak chodzą codziennie. Może wreszcie coś dostaną.

Do dnia dzisiejszego jestem w szoku po tym co zobaczyłam.
Oprócz darów które zawieźliśmy, zakupiliśmy też myjkę wysokociśnieniową i środki odkażające. Myjką tą rodziny będą się dzielić. Po umyciu domów trzeba będzie przystąpić do ich wysuszania. Czekam na informację od rodzin, czy uda im się wypożyczyć osuszacze tam na miejscu. Jeśli nie, wypożyczymy je z wypożyczalni, z innej części Polski.
Koniecznie trzeba domy odgrzybić i osuszyć.

Jedna z rodzin nie ma gdzie mieszkać i ciągle nocuje w internacie. Wzięli od nas tylko trochę ubrań, artykułów spożywczych i zabawek dla dzieci... bo nie mają gdzie tego trzymać.
Pozostali mieszkają albo w zagrzybionych domach, albo u rodzin.

W jednym z domów zastaliśmy starszą kobietę, która patrzyła się przed siebie. Nic nie mówiła, a na nasz widok zaczęła płakać. Jej wnuczka powiedziała, że od pierwszej powodzi babcia schudła ok. 30 kg. Nie ma ochoty żyć. Dobrze, że ma rodzinę, która jest przy niej. Mieszkają oni na piętrze swojego domu, która została uratowana. Niestety pęka strop i ściany nośne. Nie wiadomo, czy nie będzie trzeba burzyć budynku. Konieczna będzie kolejna ekspertyza.

Tych tragedii ludzkich jest wiele... a nic się o tym już nie mówi :(

Moja relacja nie potrafi oddać tego, co zastałam na terenach zniszczonych przez wodę, dlatego też zapraszam do obejrzenia zrobionych przeze mnie zdjęć:

http://picasaweb.google.pl/edytarep/PoPowodzi

i filmiku, który polecam obejrzeć bez dźwięku

http://www.youtube.com/watch?v=cDTcHEGctJo


Zapraszam też na stronę internetową, gdzie można zobaczyć zdjęcia wykonane 22 czerwca, przez pana Wacława Pintala z Tygodnika Nadwiślańskiego:

http://www.tarnobrzeg.info/index.php?module=Artykuly&func=display&sid=1929


Wolałabym przesłać zdjęcia z tych terenów sprzed powodzi. Niestety... tak teraz wygląda tam rzeczywistość. I uważam, że to trzeba pokazać.

Gdy po południu wróciliśmy do lewobrzeżnego Sandomierza, czułam się dziwnie. Znów znalazłam się w pięknym, zielonym, zadbanym świecie. Jednak nie czułam się tak samo, jak w sobotę rano, przed przekroczeniem Wisły. Nie mogłam zapomnieć o tym co widziałam. Nie mogę zapomnieć do dziś.

W najbliższym czasie planujemy zorganizować dalszą pomoc dla powodzian. Myślę, że tym razem będziemy zbierać używane meble, sprzęt AGD. Jestem w stałym kontakcie z rodzinami.
Za jakiś czas pozwolę sobie przesłać kolejnego maila z apelem o pomoc dla tych ludzi. Mam nadzieję iż spotka się to ze zrozumieniem i nikt nie będzie miał mi tego za złe.

Jedna z ofiar powiedziała przez łzy: "dzięki powodzi uwierzyłam w to, iż są dobrzy ludzie, którzy pomagają, nie oczekując nic w zamian".
I ja za tę pomoc i za zaufanie, które zostało mi okazane, bardzo dziękuję.

Serdecznie pozdrawiam,
Edyta Replińska

wtorek, 29 czerwca 2010

Miernota policji i straży miejskiej

Kolejny raz przekonuję się o tym, że nie bardzo wiem, czemu służą Policja i Straż Miejska.
Kiedy byłam w siódmym miesiącu ciąży, sąsiedzi nad nami urządzili imprezę o 24 i skakali (dosłownie!) nam po głowach. Nie jest starą zgredą i pewnie bym inaczej zareagowała, gdyby przyszli, uprzedzili, może zobaczyli moją zaawansowaną ciążę i zechcieli trochę ciszej się zachowywać. A głośno było w naszym mieszkaniu, jakbyśmy my sami imprezowali.
Mąż zadzwonił na policję - przyjechali. Zrobiło się cicho, jak weszli. Było słychać krótką rozmowę. Zeszli na dół i nim zdążyli odjechać, muzyka i ludzie zaryczeli od nowa. Znów zadzwoniliśmy i sytuacja się powtórzyła.
Policja nic nie może!!

Wczoraj plac zabaw przychodzi grupa młodych ludzi i zaczynają palić. Zwracam im grzecznie uwagę, że tu dzieci małe są, a oni na to, że co ich to obchodzi. Więc pytam, czy mam dzwonić po straż miejską - a proszę bardzo. Straż oczywiście się nie kwapi. Przyjeżdża już po wypalonych papieroskach. Młodzi się podśmiewają. Żaden nie ma dokumentów. Podchodzę i mówię, że to ja wzywałam straż. Młodzi zaczynają się ze mnie naśmiewać. Nie mogę znieść tego, że straż na to pozwala, że stoi dwóch przystojnych mięśniaków i słuchają, jak ci palacze się ze mnie naśmiewają! Tłumaczę, że moje dziecko chodzi i zbiera potem te pety i bierze do buzi - młodzi nadal się naśmiewają. Kiedy pytam straży, czy coś zrobią, mówią mi, że przecież oni tylko ze mną rozmawiają i że co oni mogą zrobić.

No właśnie! Co oni mogą????? To po co ta służba w ogóle jest?? Po co zakaz palenia, skoro nikt się nie boi go łamać? Po co zakaz, skoro straż nie może niczego wyegzekwować? Czemu nie wlepią mandatu? Czemu się takich nie weźmie na służbę społeczną? Popracowałby, to by się przestał nudzić i głupoty robić.

Strasznie upokarzające to dla mnie było, bo wyszłam na wariatkę, histeryczkę, która policją straszy, a policję wszyscy mają w d..., bo policja jest do d... i pozwala się tak traktować.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Dopadł mnie banał

Nigdy nie lubiłam argumentów finansowych zmuszających do odkładania poczęcia dziecka. A teraz ten banał dopadł i nas :( Od maja zaczęliśmy starania o rodzeństwo dla Tusi. Nie udało się za pierwszym razem, a w tak zwanym międzyczasie wydarzyło się kilka rzeczy: Rata kredytowa za mieszkanie wzrosła, ale metraż się nie powiększył. Marzenia o większym mieszkaniu lub maleńkim domku spełzły na niczym, kiedy się okazało, że nie mamy większej zdolności kredytowej, że w tym momencie nie opłaca się sprzedawać naszego mieszkania. Gwoździem do trumny stała się utrata moich dochodów. Niewielkie, okazały się być kluczowe. Bez mojej ostatniej wypłaty, nie dajemy rady przeżyć miesiąca. W przyszłym będzie jeszcze gorzej. Stąd decyzja, że muszę iść do pracy. Podwójny ból! Nie możemy teraz pozwolić sobie na drugie dziecko i w dodatku Tusię muszę oddać do żłobka, choć planowałam być z nią przez te pierwsze 3 lata.
Serce mi krwawi, ale widzę działanie Boże. Już jest szansa na pracę od września. Tusia się uspołeczni i rozwinie, nie będzie jedynakiem. A ja będę się umiała do niej zdystansować i będę miała więcej cierpliwości. Zresztą widzę, że już teraz chcę jej tę przyszłą rozłąkę wynagrodzić, bo już za nią tęsknię :)
Na pewno Bóg ma w tym dla nas jakiś plan! Nie martwię się, choć oczywiście mi smutno, bo czuję się trochę tak, jakbym nie mogła mieć dzieci.
Czasem nawet sobie myślę, że trzeba było jednak zacząć szybciej się starać, ale chcę ufać, że będzie dobrze!

piątek, 11 czerwca 2010

Uwielbiam takie obrazki

Martusia wyciąga z zabawek malutki śliniak dla lalki i woła:
M: "co to? co to? co to? co to?"
Ja: śliniak
M od razu przykłada go do szyi
Ja (śmiejąc się z zabawnego widoku): ale dla lalek
M: lala, lala, o! dzie je? o ama tu

(tłumaczenie: lala, chodź! gdzie jesteś? chodź jeść! tu)

Ponieważ lala nie nadchodziła, M wzięła leżącego po drodze Asika (psa maskotkę) i usiłuje mu założyć mikro śliniak i nakarmić plackami :)

środa, 10 marca 2010

Pierwszy żart słowny mojej córci

Tusia niewiele jeszcze mówi, ale już udało jej się mnie rozbawić.
W domu nosi pieluszkę tetrową i kiedy ją zasika, ja wyjmuję i mówię: widzisz? mokre, blee. A ona powtarza: blee.
Jakiś czas temu Tuśka dobierała się do suszarki, gdzie wiszą pieluchy. Więc mówię do niej: nie ściągaj, bo jeszcze mokre.
A Tusia na to: blee.
:D
To niesamowite, jak dzieci kojarzą, jak sobie w tej główce łączą różne rzeczy, jak obserwują i naśladują :)
Jestem pod ogromnym wrażeniem własnego dziecka :)

niedziela, 29 listopada 2009

Tęsknota i oczekiwanie

Rozpoczyna się mój ulubiony okres liturgiczny, a tym samym nowy rok.

Z dzisiejszego kazania, którego forma pozostawiała wiele do życzenia, udało mi się wyłuskać ciekawą myśl: Adwent to oczekiwanie i tęsknota w potrójnym znaczeniu:
1. aby Chrystus narodził się dla każdego człowieka

2. aby Chrystus narodził się na nowo w naszych sercach

3. oraz, by Chrystus znów przyszedł.


1. Mimo, iż chrześcijaństwo trwa ponad 2000 lat, nadal są ludzie, ba! nawet całe nacje, ludy, kraje, gdzie nie wie się nic o Jezusie, gdzie się Go nie głosi, albo , gdzie jest to niezwykłe utrudniane, niszczone w zarodku.

Jak bardzo Kościół pragnie w czasie Adwentu pamiętać o tej naglącej potrzebie. Jak bardzo winniśmy ogarniać naszą modlitwą tę intencję. Nie głupim też by było pomyśleć także nie tylko o duchowym, ale i materialnym wsparciu misyjnych działań Kościoła.

Tymczasem my chyba nie do końca wierzymy w realne Boże Narodzenie, tzn przyjście Mesjasza, że Bóg się nami interesuje, że realnie ma wpływ na nasze życie.

Wolimy wyrzec się prozelityzmu (sic!) i być tolerancyjni - niech każdy wierzy, w co chce! Nie niszczmy innych kultur! itp.

A przecież nakaz misyjny Jezusa pozostaje aktualny.

Ale na tym poprzestańmy, bo to osobny już temat.


2. Adwent to także czas naszego przygotowania do Świąt. Powinniśmy ten czas przeżywać w sposób szczególny. Nie sprawi tego jednak ani wykwintnie zastawiony stół, ani "atmosfera", ani tym bardziej prezenty. To wszystko ważne, ale powinniśmy przygotować nasze serca - czy ma to być znów tylko lichy żłobek, gdzie Jezus znów pokornie się narodzi?? On jest tak Dobry i Miłosierny, że nie pogardzi, ale możemy się postarać i uczynić nasze serca "nieco" piękniejszymi - i do tego wzywa nas Adwent.

Ilu z nas - będących w Kościele, przystąpi do Komunii Świętej w czasie Świąt, zwłaszcza Pasterki?? Statystyki mówią, że mniej niż połowa! Zatrważające! Tylu ludzi na Mszy, ale bez Komunii - Jezus się rodzi, ale znów nie dla nich, choć tuż obok, na wyciągnięcie dłoni. Nawet żłobek się nie znalazł.


3. Kościół tęskni, oczekuje i przyzywa ponownego przyjścia Chrystusa.

Tak, o ile jeszcze możemy się zgodzić, by na nowo rodził się w naszych sercach, by przychodził do tych, do których jeszcze nie dotarł, to najtrudniej nam przyjąć, żeby przyszedł już ten raz ostatni, ostateczny, nieodwołalny. Dlaczego??? Bo Paruzja kojarzy się nam bardziej z katastrofą ekologiczną i zagładą nuklearną, niż z ostatecznym zwycięstwem Sprawiedliwości, Miłości i Prawdy. Ale może dlatego, że boimy się, w tym zwycięstwie będziemy po stronie pokonanych?


Skoro jednak Bóg stał się człowiekiem i to w dodatku bezbronnym dzieckiem, chce nam powiedzieć - "Człowieku, nie bój się Mnie. Otwórz swe serce, a Ja będę w nim królował. Chcę cię poprowadzić ciemną doliną tak, byś zła się nie uląkł".



Gotujmy drogę Panu

prostujmy ścieżki Jego

przemieńmy swoje życie

odwróćmy się od złego



źródło: www.wspolnotablogoslawienstw.pl

wtorek, 24 listopada 2009

Hello kitty

Tusia nie znosi się ubierać. Jeśli czasem współpracuje, słyszy wielkie okrzyki uznania i radości. Już lepiej z rozbieraniem. Zwłaszcza jeśli ma iść się kąpać - wtedy po prostu chciałaby sama wszystko z siebie ściągnąć - ale różnie jej to wychodzi :) Najlepiej zdejmuje skarpetki. Czasem także wtedy, kiedy nie powinna.
Są jednak takie ubranka, które Tusia lubi zakładać. Należą do nich rękawiczki i buty - w nich chodziłaby najchętniej w domu. Buty muszę więc chować, bo jak się na nie natknie, to koniec. Rękawiczki niestety znajduje często - daje, żeby jej zakładać - tak słodko podaje wtedy rączkę i czeka, żeby jej wcisnąć rękawiczkę. Dziś udawałam, że nie widzę, że chce by je założyć, więc wzięła moją dłoń i włożyła do niej rękawiczkę, po czym podała swoją - no po prostu wzruszające.
Do ulubionych części garderoby należy też różowa sukienka z kotkiem i napisem "Hello Kitty". Gdy ją widzi, to nieważne, co ma na sobie, trzeba sukienkę na siebie założyć. Dziś nawet nie dała jej z siebie zdjąć, żeby się wygodnie położyć na drzemkę - właśnie śpi w swojej ulubionej sukience - moja Tusia, moja Kitty - Hello :)

niedziela, 22 listopada 2009

Trochę faktów o Tusi

Piszę to sobie, żeby potem nie zapomnieć tych różnych "osiągnięć" mojej córci :)

06.02.2009 przewróciła się z plecków na brzuch
20.02.2009 pierwszy pokarm stały - kleik ryżowy
28.02.2009 przewróciła się z brzuszka na plecy
W tym czasie powoli rozpoczęłyśmy przygodę z nocnikiem i Tusia nauczyła się już siusiać na zawołanie :)
koniec marca 2009 pierwsze ząbki - dolne jedynki
10.04.2009 zaczęła pełzać do przodu
20.04.2009 zaczęła stawać na czworakach
22.004.2009 zaczęła stawać na nóżkach
29.04.2009 sama usiadła
01.06.2009 zrobiła tacie "papa"
20.06.2009 zaczęła klaskać
21.06.2009 górne jedynki
Zaraz potem zaczęła raczkować
15.08. 2009 bardzo długo stała bez trzymania, a nawet przysiadła i stała dalej
05.09. 2009 zaczęła chodzić

sobota, 11 kwietnia 2009

Umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia

Wielu zastanawiało się dlaczego Jezus musiał umrzeć za nas na Krzyżu. Czyżby Bóg Ojciec był aż tak okrutny, że chciał śmierci własnego Syna??? Są i tacy, którzy o to Boga posądzają.

Niemal od samego początku chrześcijaństwa dawano przeróżne odpowiedzi na to pytanie.

Ja też w tych dniach się nad tym zastanawiałam po raz kolejny.
Oczywiście Bóg mógłby nas zbawić jednym aktem swojej woli. Ale skąd byśmy o tym wtedy wiedzieli? Czy uwierzylibyśmy jakiemuś prorokowi, który by przyszedł oznajmić tę najważniejszą wiadomość "Bóg cię zbawił"? Zapewne nie, bo niby jak miałby to udowodnić?

Jedynie sam fakt śmierci i zmartwychwstania przekonuje nas, że realnie Bóg nas odkupił.

Ale dlaczego tak okrutnie?

Zrozumiałam, że przez to, jak Jezus umiera Bóg pokazuje nam, co czyni grzech z naszą relacją do Niego - po prostu ją uśmierca! Jeśli myślisz, że Bóg jest okrutny, to zobacz, że to właśnie twoje grzechy przybiły Jezusa do krzyża, a nie wola Boża! Poza tym nasze grzechy powodują także naszą własną śmierć duchową, od której Chrystus nas uwalnia.

Jak cudowna to nowina!
Kocham te Święta, w których dokonało się moje pojednanie z Bogiem!
Jezus jest Życiem, daje nam życie i ożywia naszą zerwaną przez grzech relację z Żywym Bogiem.

Alleluja!!!!

środa, 19 listopada 2008

Refleksje młodej mamy

Od narodzin mojej córeczki uczyłąm ją samodzielnego zasypiana. Naczytałam się o tym przed porodem i miałam jakąś idealną wizję. Praktyka okazała się jednak bardzo trudna. I tak jak moje koleżanki mają poczucie, że ciągle tylko karmią, tak ja miałam poczucie, że ciągle usypiam moje dziecko! Miałam kilka kryzysów, traciłam cierpliwość do Martuni, do siebie i do metody, ale nie znałam innej, a Mała nie przyzwyczajona do lulania, bujania, noszenia itp. nie potrafiła tak zasnąć. Teraz jednak, po upływie 10 tygodni, są wreszcie owoce!!! Jestem taka dumna z mojej córci! Już tak nie płacze, gdy ma iść spać! A w nocy śpi około 6 godzin! A dziś nawet 7 i pół! Poza tym ciągle się uśmiecha, co wynagradza mi wszystko. Jest po prostu cudownym dzieckiem :)

piątek, 31 października 2008

Zostałam mamą

Mam wrażenie, że kiedyś urodzić i wychować dziecko nie było żadną filozofią; nikt z tego afery nie robił. Ale dziś, w świecie egoizmu, indywidualizmu i wygodnictwa na dziecko trzeba się zdecydować, zaplanować, a matki oczekują uznania dla swego wyczynu.
Czy dawniej kobietom nie było ciężko?? Czy były silniejsze??
Sama nie wiem.
Nie chcę natomiast robić afery z tego, że mam dziecko :-) Ale przyznaję, że jest trudniej niż myślałam, choć przygotowywałam się na to.
Dziecko jest jednak nauczycielem miłości i cierpliwości. Teraz wiem, że bardzo mi ich brakuje, a wydawało mi się, że jestem taka napełniona miłością, że aż nią kipię... Prysnęła bańka mydlana...
Uczę się więc tego nowego rodzaju miłości, którą zwą macierzyńską i która ponoć jest naturalna i spontaniczna...

czwartek, 30 października 2008

Powód nieżywotności mojego bloga

Oto powód, a raczej powódka braku działań na moim blogu:

Martusia



Urodziła się 7 września o godzinie 18:15. Ale już od swego poczęcia całkowicie mną zawładnęła :-) Należałam do tych 2% kobiet, które mają mdłości przez całą ciążę, a nie tylko w 3 pierwszych miesiącach. Poza tym Malutka wysysała ze mnie całą energię, więc czułam się okropnie osłabiona i nie miałam ani siły, ani ochoty na robienie czegokolwiek.
A teraz, gdy jest już z nami po tej stronie brzucha, jest jeszcze bardziej absorbująca - co oczywiste. Zatem znów nie piszę nic na blogu. Dziś jednak znalazłam chwilkę, żeby umieścić tę informację.

Więcej zdjęć naszej Ukochanej można zobaczyć klikając link

poniedziałek, 10 marca 2008

Baranek Wielkanocny



Święta Wielkiej Nocy zostały zdominowane przez zające! To oburzające i smutne zarazem!
A kto pamięta jeszcze, że głównym symbolem Wielkanocy jest Baranek?
Ten Baranek, który był zabijany w Święto Paschy na pamiątkę wyjścia Izraela z niewoli egipskiej.
Ten Baranek, w którego obrazie prorocy widzieli niewinnego Mesjasza, który bez słowa skargi daje się prowadzić na rzeź.
Ten Baranek, którego zobaczył w swej apokaliptycznej wizji św. Jan, zranionego, zabitego i żywego jednocześnie.
Ten Baranek, który okazał się być zwycięskim Lwem z pokolenia Judy.
W tych ostatnich dniach Wielkiego Postu widzę mojego Baranka, uwikłanego w zaroślach. To jak scena z księgi Rodzaju. Izaak pyta swego ojca, który ma zamiar złożyć go w ofierze: „Oto ogień i drwa, a gdzież jest baranek na całopalenie?” I wtedy Abraham wypowiada proroctwo: „Bóg upatrzy sobie baranka na całopalenie.” I rzeczywiście, gdy ma już zabić Izaaka, anioł Pana powstrzymuje rękę Abrahama. „Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach.” Ale na tym proroctwo się nie kończy! Oto w czasach ostatecznych Bóg upatrzył sobie innego Baranka, aby Go złożyć w ofierze już nie za jednego człowieka, ale za wszystkich, za każdego z nas!!! Tylko jeden Baranek mógł tego dokonać. I On został zabity, gdy zabijano w Świątyni Jerozolimskiej Baranki na Paschę. On jest prawdziwym Barankiem Paschalnym, który ratuje nas od karzącego gniewu. Jego krwią jesteśmy skropieni. W Jego krwi opłukaliśmy nasze szaty we chrzcie świętym.
A krzak, w którym uwikłał się Baranek, jest symbolem krzyża.
I to jest Baranek, który jest zarazem Pasterzem i Bramą owiec.
Jak można tak łatwo zapomnieć o tym pięknym i pełnym wyrazu obrazie?!

czwartek, 6 grudnia 2007

Roraty dla dzieci

Skończyłam studia. Czasami wydaje mi się, jakby to było całe wieki temu. A tak naprawdę, to całkiem niedawno. Skończyłam studia i to oznacza wejście w dorosłe życie. Studia to był dla mnie m. in. czas chodzenia na roraty do duszpasterstwa akademickiego, na Freta. Z chęcią bym jeździła na roraty właśnie tam, ale mieszkam (w moim dorosłym życiu) zbyt daleko. Oczywiście nie jest to niewykonalne, ale musiałabym wstawać o 5, a nie o 6 rano. Zatem chodzę na roraty do parafii, w której mieszkam. I tu konstatacja: roraty są dla dzieci. Każdego poranka, bez wyjątku: roraty dla dzieci.
Dlaczego nie ma rorat dla dorosłych? Dla młodzieży, czy starszej młodzieży?
Dlaczego nie ma rorat po prostu dla wiernych?
Rozumiem względy duszpasterskie, że jest to okazja, by zachęcić dzieci do chodzenia do kościoła, ale czemu w takim razie tym sposobem odstrasza się młodzież i dorosłych? Jeśli już trzeba robić roraty dla dzieci, to można w kaplicy, albo kilka razy w tygodniu.
Dlaczego tak mnie to boli?
Bo w ogóle nie rozumiem za bardzo idei mszy św. dla dzieci, jeśli się ją traktuje infantylnie. Najbardziej wyrazistym jest dla mnie przykład z aktem pokuty, który winien wyrażać żal za grzechy, a zastąpiony jest banalną pioseneczką o skocznej i głupawej melodyjce. I te msze całe takie są - infantylne.
I to się serwuje nie tylko dzieciom, ale i dorosłym, którzy są na roratach.
Ale nawet dla dzieci nie wydają mi się stosowne takie metody.
Ze zgrozą uświadomiłam też sobie, że w większości polskich parafii robi się roraty dla dzieci.
Takie roraty tak bardzo mi się nie podobają, że nie dziwię się, że mało na nich dorosłych i że nie ma młodzieży, a na miejscu tych dzieci też bym na nie nie chodziła. Bo dzieci wcale nie lubią być traktowane jak dzieci, ale jak dorośli.
Zastanawiam się, jaki cel ma takie duszpasterstwo. Przecież te dzieci, gdy podrosną, po prostu z takich rorat "wyrosną". Dlaczego to duszpasterstwo jest takie infantylne?
Tak więc cierpię w czasie mojego ukochanego adwentu...
Ale czy ja, jako katolik świecki mogę coś zrobić? Pewnie, że mogę wstać i jechać godzinę na Freta, ale to nie uzdrowi tej chorej sytuacji. Bo tu już nie chodzi tylko o mnie, ale o wszystkich, którzy chodzą na roraty, które są robione dla dzieci (a śmiem twierdzić, że większość rorat taka jest).
Nie znam się z proboszczem, ale powoli dojrzewam, żeby z nim o tym porozmawiać.
Nie będzie to dla mnie łatwe. I nie wiem, jaki będzie owoc.
Rorate caeli desuper et nubes pluant justum!

wtorek, 4 grudnia 2007

Objawił nam swą miłość w przeddzień swej męki

Dziś w czasie mszy świętej tuż przed konsekracją usłyszałam takie mniej więcej słowa: „On to (Pan Jezus) w przeddzień swej męki objawił nam swą nieskończoną miłość podczas wieczerzy”.
Te słowa wydają mi się zupełnie niezwykłe.


Jak to w przeddzień swej męki? Przecież Jezus objawił nam swą miłość właśnie w czasie męki, oddając za nas swe życie, oddając siebie za nas.

„W tym objawia się miłość Boga do nas, że wydał On za nas Swojego Syna”.
„Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie”.
Wiele tego typu zdań możemy znaleźć w Nowym Testamencie.

Jest więc coś wyjątkowego w Ostatniej Wieczerzy. Ona rzeczywiście nie tylko poprzedziła w sposób bezkrwawy Ofiarę Pana Jezusa, ale była znakiem takiego samego oddania siebie: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje, które za was będzie wydane. Bierzcie i pijcie, to jest Krew Moja, która za was będzie wylana”. Jezus wydał siebie realnie i całkowicie już w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jest to cud, którego nie możemy pojąć! „To czyńcie na Moją pamiątkę” oznacza, że Jezus przekazał apostołom moc czynienia dalej tego cudu. Dlatego każda msza święta urzeczywistnia, uobecnia ofiarę Pana Jezusa. Ilekroć ją odprawiamy, Jezus wydaje się za nas, umiera za nas! Z miłości.

Dlatego Eucharystię nazywamy Sakramentem Miłości, Znakiem Miłości. Każda Eucharystia objawia nam miłość Boga ku nam.

Szukając miłości Bożej, nie mogę pominąć mszy świętej. Tam jest ona najbardziej widoczna. Ale zarazem najbardziej ukryta, utajona, nie narzucająca się. Jest przecież ona pamiątką śmierci i zmartwychwstania, które są „dowodem” miłości Bożej. Nie ma innej racji śmierci Jezusa, niż ta podana przez św. Jana „Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał, by każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.”

Miłość Boża nie pozostaje więc gdzieś w oddaleniu od nas, ale ma realne skutki. Nie jest tak, że Bóg nas kocha i nic się nie zmienia. On chce, byśmy przyjęli Jego miłość po to, aby mieć życie.

Jeśli uświadomimy sobie, że Jezus objawia nam swą miłość umierając za nasze grzechy, które są śmiercią, odnajdujemy odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie nie wierzą w miłość Bożą, czemu nie chcą, nie potrafią jej przyjąć. Jedną z przyczyn może być brak uznania własnej grzeszności. Człowiek, który nie stanie w tej prawdzie, nie doceni dzieła Pana Jezusa. Człowiek, który nie widzi, że grzech zadaje mu śmierć, nie będzie szukał wody życia, którą jest Chrystus.

W dzisiejszym świecie, w którym mówi się głównie o sukcesie, samorealizacji, samozadowoleniu, gdzie króluje psychoanaliza lecząca nas z obezwładniającego poczucia winy, kategoria grzechu nie tylko że została zmarginalizowana, ale wręcz wypchnięta i potępiona, jako stojąca na przeszkodzie tamtym. Wolimy raczej mówić o pomyłkach, które popełnia każdy. „Błądzić jest rzeczą ludzką”.

Czy jednak jest to prawda o człowieku?

Miłość i miłosierdzie Boże mogą objawić się tylko tam, gdzie jest uznanie własnej grzeszności.
Potwierdza nam to doświadczenie świętych. Im bardziej wzrastali oni w świętości, tym bardziej rosło w nich poczucie własnej grzeszności i małości. I nie ma to nic wspólnego z fałszywą skromnością.

Wtedy okazuje się, że grzech nie jest czymś paraliżującym. Zamiast marnować siły na próby wyparcia grzechu ze świadomości i doświadczenia, lepiej wykorzystać je do walki z nim.

Jeśli zastanawiasz się dziś, czemu nie doświadczasz Bożej miłości, zobacz, czy uznajesz swój grzech. Choć nasze grzechy wykopały przepaść między nami a Bogiem, jednocześnie mogą stać się miejscem doświadczenia miłosierdzia. „Gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej rozlała się łaska.”

Tylko jak przekonać dziś człowieka o jego grzechu?